Para strupiała
Trzymał ją za rękę, gruchotały kostki w za dużej skórzanej rękawiczce. W malowanej trumnie korzenie brzóz wnikały do środka, spływając białymi wąsami przez szczeliny w deskach. Haftowana poduszka była pusta, a pierze pokrywało jej głowę. Woal z tiulu, z dziurami po zgaszonych papierosach, rzucał nikłe światło na sino blade lico. Igla uśmiechała się, podtrzymując drugą ręką opadającą szczękę. - Hihi. Obmyślali plany na wieczór. - Tak, jedyna moja, w rozkładzie glebowej przytulona do zimnego podłoża - wzdychał spoglądając na nią z ukosa. Uciekające oko, było niesforne jak u kameleona. - Ach ty! Szałapucie. - Pod lekko opadającym nosem, wisiały na wpół urwane słowa. Idealna para wygrzebywała się powoli z głęboko osadzonej krypty. - Twoje wieko jest cięższe od głowy - powiedział od niechcenia, tarmosząc ją za uszy. Kto ci je doszywał? Takie plaskacze. - A, to odlewy woskowe, taka była moja ostania wola. - Ech, wolę nie wiedzieć co skryw...