Morsowanie
Śnieżyca blokowała skutecznie przejrzystość powietrza. Biel, biel w oku, wszystko ultra sterylne, jakby laboratorium kuli Ziemskiej opuścili wszyscy przed sterylizacją. Drzewa narzędziami, stępione skalpele wybijały się grubymi nacięciami w pionach grawitacji. — Stabilnie idąc. — mruknął. Zima, ona w tym zabiegu cieła najmocniej, srebro bledło utlenione pogrążając się w kobaltowych zawieruchach sklepienia nie znającego końca. Patrzył na nie jakby szarość oczu miała lustro obsypane mapą kłujących krawędzi gwiazd. Ból, wymusza zamknięcie. Zamknął, upadając w puch. Pobudka odrętwiałych rąk i nóg, łamanie przymarzniętych członków przyklejonych do gruzu wyburzonego igloo. Ktoś go szarpał, mocno, ujadając przy tym niczym zranione zwierzę. — Ból kroi płaty skóry. — mamrotał ściegiem zamarzniętych ust. — Butelka jest ciepła — Obdartus z długą brodą trzymał w grubej rękawicy białą flaszkę. Z krzyżem na drogę czaszka się zderzyła. Denat był tak samo siny, jak twarz mężczyzny. Zaparowane oki...