Posty

Dusza ogrodu

Ogród tętnił wieczornymi feromonami smagliczki. Ciągnął się za nią sznur koralikowych wonnych cząsteczek. Porozmieszczane na dróżce pomiędzy krzewami róż latarenki, migotały wątłym światłem. Gwar w głębszej części zadbanego zakątka przyciągał zaproszonych na bal. Ściskała w drobnej dłoni bilet wstępu. Zwisające z rulonu aksamitne wstążki, powiewały w rytm podmuchów dźwięku z ogromnych tub datury. Zaróżowione policzki powoli bladły, chłód kontroli osobistej nie należał do przyjemnych. Zabezpieczenie na wypadek posiadania złych mocy. Nie znaleziono przy niej nawet krztyny złej myśli, wychowana na plantacji w kontrolowanym środowisku. W bliskim kontakcie z roślinami o podobnych preferencjach. Pachniała spokojem z nutą kołysanki. Spieszyła się, za kilka minut otworzą skrzynię z narzędziami. Widły, grabie, motyki i reszta ruszą w ten zielony kawałek oazy na jedyny w swoim rodzaju coroczny zlot ogrodników. Przy furtce stał w meloniku chudy jak kij od miotły chłopak, przyszedł chwilę przed ni...
  Tramwajarz Zaśnieżony/Zasypany śniegiem Taniec zmysłów Spotykam ją zawsze na przystanku mostu Teatralnego. Ubrana w skórzany bordowy płaszczyk i rondelek na głowie z wełny. Wsiada do wagonu nr.1.  Czasami siada na wolnym zielonym miejscu. Spoglądam na tyły, upewniam, się, że wszyscy zdążyli zająć bezpieczne miejsca. Nikt nie biegnie w bocznych lusterkach. Dzwonię, ona lubi ten dźwięk. Wzdryga się lekko, ja się uśmiecham. Mój muchomorek, tak wygląda, gdy pada śnieg. Mijam ten most i jadę z ciepłymi dłońmi. Ona patrzy przez okno ul. Rooswellta . Wpatruje się w ornamenty starych kamienic. Odkrywa nowe motywy. Powinna znać je już na pamięć. Secesja, te motywy roślinę, oplatają ją jak płaskorzeźbę. Taką ją widzę w tym moim wagonie. Żelazny balkon, ona siedzi na krześle przy okrągłym stoliku. W wazonie są wiosenne kwiaty. Hamuję odruchowo, szarpię całym składem. Ogromna zaspa śniegu, uderzamy w nią tuż po wylocie z zakrętu. Śnieg wsypuje się przez przednią szybę. Czuję na karku zi...

Czar

 Uciekała przez myśl  na opak  potrącenia biegu skończoności  w puenty wbijał się szyk formacji podskoków  w kloszu z papier-mâché w muzycznych kartkach na ołówkowych nogach  rysowała ślad  nie ma mnie w tym zdaniu  jedynie jestem w jej dłoni parasolem  unosi się na nim walc w puchu rozdmuchanych marzeń dokładam jej warstw ściskając sznurkami gorset konspiracji z enigmą 

Vasa

 Zatapiam się w języku okrętem Vasa  wypływam z pełnym załadunkiem maszty wiatrołapy rozrzuconych fraz  zbieram moje dno  w szkłach na plaży  z prądem i pod prąd  nie dobijam do portu drugim językiem za morzem nie toczę wojny

Podlotek

 Nie jestem już nianią ale ale sikorka tego nie wie nieważne  że nie mam skrzydeł  ani dzioba i much w serwerze  ona była pewna że ten kto  stoi jest godny być  ptakiem

Nienazwana

 Stoję tam, jestem i słyszę wszystko uważnie. Zebrała się cała sala. Sędzia marszczy czoło. Uderzenie młotka podbija tłum. Licytują, mówią coraz głośniej. Wyskakują oferty jak zające z nor. – Kto da więcej! Kto... – Pan w cylindrze! – Jeden, dwa, trzy... Sprzedane! Tłum milknie, szczypią się po rękach, nie wierzą, że to nie oni są nabywcami. Idzie, powoli, widzi mnie, przez okulary błyszczą oczy. Wchodzi na podest i kiwa głową. Jest tuż obok, nowy pan. – Perfekcja! – Za ten obraz oddałbym cały majątek. Odwracam się i dociera do mnie, że w ramie nie ma płótna, ani papieru, jestem za to ja nienazwana. Konstrukcja.

Szarlotka

  Miała na imię Szarlotka i przeważnie zimne stopy. Chodziła boso po lesie, szukając ziół, grzybów, skarbów w postaci śpiących wróżek. Znajdywała je zaraz po opadnięciu mgły, upojone trunkiem z oparów leśnego podszycia, chrapały dźwiękiem lutni. Zbierała te małe stworzenia na wyściełany mchem koszyk. Różnokolorowe ubranka mieniły się w blasku wstającego przeciągle wschodu. Długie smugi olśnienia przeszywały niczym pociski wiklinowe nosidło. Jedna mała z zadartym noskiem ziewnęła. Szarlotka wzdrygnęła się na ten gest. – Ojojojo! Nie teraz, nie... – pacnęła w główkę śpiocha z korala, który służył jej w newralgicznych momentach – śpi, ciiiiii... Szła tak z nimi jeszcze zgoła kilometr może więcej. Cichuteńko na paluszkach zimnych jak kamyki. Zatrzymała się przy strumieniu, postawiła koszyk przy krawędzi wody i zaczerpnęła w dłonie wody, żeby się napić.   Dziewczyna była nadzwyczaj brzydka, przezwana szarlatanką, po babce równie okropnej urody. Ojciec był łotrem, zabijał magów, raz...