Mrocznego mucho-mory cz.3
Ze staruchy twarzy sączyły się czyraki, larwy muchy plujki w ostatnim stadium rozwoju wgryzały swoje pulchniutkie gęby w głąb policzków Wiedźmy. Monstrum spuchło i posiniało, eliksiry wrzały w jej krwi. Zielony pot spływał, wolno wżerając w otwarte wulkaniczne pory nie skóry jej samej, a bydła którymi się obwinęła. Mora z odrazy przysłoniła się bielą, zasłona dymna z zimowego pudru była bezcenna. — Czego tu! — prychnęła na nich opluwając Wichrową pelerynę. Coś jej zostało po zabiciu kota, nosówka była nieuleczalna, nochal wykrzywił się do kichnięcia i zanim zdołali coś powiedzieć wystrzelił Wiedzmową kozę w siną dal. Chata wyciągnęła długie łapy i podtarła sobie nos workami jutowymi i sapnęła ciężko. — Zbawienie moje! Podduszałam ją dwutlenkiem węgla zatykając komin, ale to parszywe stworzenie było gorsze od karalucha, otwórzcie drzwi i okna niech odetchnę. — Po tych słowach nochal odpadł, okiennice rozsunęły się a różany krzew obsypał się żółto-pomarańczowtmi kwiatami. — Twoje zi...