W rolach głównych wystąpili, niedoszli aktorzy. Topolowa królowa o niezliczonych palcach, oraz złośliwy i paskudny wicher, który urywał jej kolankowe berła. Na końcówkach gałęzi przytrzymywała nimi liście, w skupisku za ogonki. Wymachiwała nimi często, odgrażając się starcowi. W zgliszczach wojennych starć, pod konarem jesienną nocą, zmurszałe liście ze swoich martwych i brunatnych odcieni, wyłoniły czerwonolicego grzyba. Nieśmiało zerkał z pomiędzy ździebeł trawy na olbrzymią zielonkawo-szarą postać. Mech nadawał jej miękkości, u podstawy. - Już czas, jeszcze chwilę. Ziewnęła przeciągle i jedną z najgrubszych gałęzi zasłoniła usta. Poprawiła sobie zmarszczki na czole. Czuła pod załamaniami bruzdowatej osłony, nadchodzącą porę na odpoczynek. Miała jeszcze sporo do zrobienia, a że była leniwa czekała, zawsze do ostatniego momentu. Zerknęła jednym zaspanym okiem, na czerwony punkt. - Coś podobnego! Wrzasnęła na jego widok. ...