Dusza ogrodu



Ogród tętnił wieczornymi feromonami smagliczki. Ciągnął się za nią sznur koralikowych wonnych cząsteczek. Porozmieszczane na dróżce pomiędzy krzewami róż latarenki, migotały wątłym światłem.

Gwar w głębszej części zadbanego zakątka przyciągał zaproszonych na bal.

Ściskała w drobnej dłoni bilet wstępu. Zwisające z rulonu aksamitne wstążki, powiewały w rytm podmuchów dźwięku z ogromnych tub datury.

Zaróżowione policzki powoli bladły, chłód kontroli osobistej nie należał do przyjemnych. Zabezpieczenie na wypadek posiadania złych mocy.

Nie znaleziono przy niej nawet krztyny złej myśli, wychowana na plantacji w kontrolowanym środowisku. W bliskim kontakcie z roślinami o podobnych preferencjach.

Pachniała spokojem z nutą kołysanki.

Spieszyła się, za kilka minut otworzą skrzynię z narzędziami. Widły, grabie, motyki i reszta ruszą w ten zielony kawałek oazy na jedyny w swoim rodzaju coroczny zlot ogrodników.

Przy furtce stał w meloniku chudy jak kij od miotły chłopak, przyszedł chwilę przed nią prosto z pola zmęczony trzymaniem rozprostowanych ramion.

Skłonił się lekko i poprosił o pokazanie zaproszenia.

Zawahała się z decyzją przekroczenia wejścia. Stłumione dźwięki grających koników, nie przypominały nastrojowego brzmienia nocnych grajków.

– Czy to na pewno jest alejka uroku nieodwracalnego – zapytała Staszka Odważnego cichym niemal piskliwym głosem.

– Moja droga mówiła mi, że idę w dobrym kierunku, dostałem mapę od mojego szefa przy zleceniu na tę oto pracę.

W oddali dziki kwik przestraszył nagle zbliżyli się do wyjścia.

– Co się dzieje? – przerażona Panna Cykoria schowała się za plecami Staszka.

– To część zorganizowanej sztuki odstraszania intruzów. Zaczekaj chwilę, zaraz się pojawią.

Tabun nornic, turkuciów podjadków i niesłusznie przepędzanych kretów, wybiegł z ogrodzonego ogrodu.

Jeden kret niechcący wpadł Cykorii na pantofelek, upadł oszołomiony i coś próbował powiedzieć.

Nachyliła się nad nim, ale zanim zdążył pisnąć. Motyka zdzieliła go tak mocno, że poleciał niczym piłeczka golfowa poza teren posesji.

– No panienko, co z twoimi manierami! Popraw kapelusz, na co czekasz!? Do środka! – Motyka była starą zrzędliwą pełną pozostawionych po sobie odcisków babą. Tak ją nazywali ogrodnicy, ciężka w urobieniu po łokcie.

Cykoria wyrosła na urodziwą istotę, z jej rysopisu wyczytać można było, że na przyrodzie zna się tak dobrze, jak nikt inny. Znała wszystkie gatunki flory i fauny.

— Nic mi tu nie grozi, prawda? – przechodząc za Motyką rozglądała się niepewnie.

– Jesteś jedną z nich, nikt cię tu nie skrzywdzi, poza może... – nie dokończyła. Wzbudzanie w tę noc zwątpienia mogłoby się odbić na pogodzie.


Dziewczynę wciągnęła przez bramkę chęć uczestnictwa w ferworze rozmów gości. Zanim tam weszła, szepnęła coś do ucha Staszkowi. Stara Motyka burknęła coś spod grubego nosa, szurnęła blachą i przytępiona podążyła za Cykorią. Małe grupki zacieśniały więzi we wspólnych tematach – o tym, co wyrosło na rabatach, w warzywniaku, a czasami o ziołach, które uprawiali na dziko tuż za płotem. Dymki pykały z fajek albo słomek. Przeciskała się między nimi, aż wpadła do jednego osobliwego kręgu zainteresowań.

– Cykoria! – ktoś krzyknął, pociągając ją za płatek w kapeluszu.

– O, Pan Sekator! Proszę uważać na moje delikatne dłonie.

Sekator był grubym, starszym mistrzem upraw. Ubrany w ogrodniczki, kraciasty kaszkiet oraz za małą koszulę, podkręcał z dumą wąsy długie jak nać marchewki na widok panienki.

– Ależ proszę mi wybaczyć, ja nie przycinałem paznokci od wielu miesięcy, uszczypywanie przyrostów jest takie wymagające, proszę mi wierzyć. Mam co prawda narzędzia, o, ten na przykład oto, dwuzębna pirania, ale nieporęczna. Czasami podcina mi palce – zachichotał, aż jego brzuch podskakiwał za szelkami, a guziki wytrzeszczały się z wysiłku spinania dwóch części koszuli napiętych do granic rozprucia. Motyka pchnęła lekko Cykorię w środek koła.

– Mamy tu dziś naszą wyjątkową ulubienicę, proszę państwa. Cykoria ma talent do wyłapywania niuansów w trawie.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Ja robot