Mrocznego Mucho–mory cz.1,2

 

Ziemia była czarna, wyrobiona w najlepszym kompoście pod szyldem "Dżdżownicowy natleniacz". Fabryka leżała pod czarnym skórzanym butem i trzy konary od imperium mrówek, pod białymi halkami brzóz. Długie włosy najmłodszej pozieleniały jasnymi tonacjami.

Robotnice myszy nosiły w małych sakiewkach uwieszonych do szyi pokarm dla grzybni. Podrzucały małe grudki pod nóżki białych kapeluszy. Kręciły przy tym ostrożnie koronkowymi kołnierzami.

— Który to potomek Muchomora? — Mroczny przyglądał się nakrapianej ziemi.

— Liczymy, że ten, który będzie miał najczerwieńsze plamy na swoich licach Panie — mysz ukłoniła się nisko, aż strzeliło jej w starym kolanie.

— Drogi Myszoszczepie, żeby ród nie wyginął musimy użyć czegoś więcej. — Poważny ton głosu zmroził szare futro mysiego ogrodnika.

— Użyjemy szklanych baniek Panie, one ochronią wszystkie grzybki. Będą świecić ciepłym światłem i wytworzą najlepsze toksyny w okolicy.

— Muchy, one na zlot czarownic nie dadzą się oszukać wrotyczowym eliksirem, jest za słaby na ich odlot, ale nie możemy dopuścić, żeby się nimi posilały jest ich za mało.

Niebieskie oczy Pana przysłonił cień nadlatującego kruka. Czarny upiór krakał donośnie, strzępy dźwięku zwiastowały nadejście deszczu.

— Nie ma czasu! Wyślij telegraf u seniora Czerwonolicego do Wichra, zanim spadną pierwsze krople.

Wicher drzemał w swoim pochmurnym fotelu, skrzypiał wietrznymi trawami, kiedy wydychał dym z fajki. Spod korzenia wyłoniła się plama pleśni i rozlała niczym kleks formując słowa.

— Znowu grzybny internet nawala. — chrząknął i podniósł się zwiewnie z siedziska. Podfrunął w szarej szacie i przeczytał.


"Przegoń barany stop nad Mucho morowym gajem stop".


— Co do licha! Założyłem bariery z frontów na te kudłate mokre stworzenia — podrapał długą rudą brodę zaniepokojony atmosferycznymi humorami.


Uwierało ją z boku, młoda wypchana twarz słomą wykrzywiała się w różne strony.


– Co za beztalencia, co rok to gorsze szmaty, sztuczne włókna i pomysły, nie wrzucać do wody! Ach! Gdzie moja godność z kołkiem zamiast kręgosłupa.

Utyskiwała stając na skraju jeziora, nadpalone parchany po jakiejś babce zwisały tworząc smutne odbicie w przepływającej gromadzie wychudłych gęsi, przypomniały jej srogi czas jaki im zgotowała przez ostanie kilka miesięcy.

Coś zaszeleściło w szuwarach. Wzdrygnęła się zapominając, że już jest martwa od kilku godzin.

Pożegnana śpiewami, bynajmniej nie żałobnymi.

Odetchnęła zimnym strumieniem pary, kiedy się wyłonił zza suchej gęstwiny.

— Co cię tu sprowadza Wichrze? — Odgarnęła woal z siatki na ryby.

— Mamy poważne zaburzenia w ekomagi Moro, jesteś nam potrzebna wyrównać rachunki z Wiedźmą.

— Wiedźma powinna wywrócić kozie kopyta w zeszłym sezonie grzewczym, jakim cudem nie zdmuchnąłeś jej prochów z powierzchni Ziemi? — Liczyła wiedźmowe dekady i coś się nie zgadzało, czyżby akt urodzenia był sfałszowany.

Księgę powołanych nie dusz prowadził najzacniejszy mistrz w dziedzinie rachunków, sam Kocur, tylko on mógł swoim bystrym szmaragdowym okiem otwierać ślepą księgę.

— Zaszło jakieś straszliwe nieporozumienie, Wiedźma spaliła naszego Mistrza i to jego prochy zasiliły dolinę wiecznej zieleni.

— Gdzie ona teraz jest? Mam niewiele czasu, schodzę do krainy śmierci, moje łoże jest już zimne.

— W swojej chacie, zabarykadowała się w żałobie i pije na umór, ale nie wyskokowe trunki bynajmniej. Szykuje zemstę za zabicie swojej jedynej dzieciny.

— Znając ją burzy pożądek natury. — Mora na końcach swoich długich prostych dłoni zauważyła zielone pędy i zamarła.


Zmieszanie przedwiośnia z jej aurą będzie katastrofalne w skutkach. Drzewa, krzewy, owady ptaki, całe ognisko życia wygaśnie, ludzie jedynie przetrwają, a tego by nie zniosła.

Wicher objął ją w ramionach i z podmuchem magicznego dopalacza przenieśli się pod wskazany adres.

Wiedźmowa żylasta chata oblepiona była uschniętymi pędami kolczastych róż.


Wyszczerbione drewniane zęby w postaci schodów poruszyły się lekko drgając a usta z progu mamrocząc przywołały starą kulawą postać do dziurki w drzwiach wielkiego nochala chałupy.

Krzyk Mory rozdarł poszycie pobliskiego lasu.

A na jej zwiędłych dłoniach pojawił się szron.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Ja robot

Dusza ogrodu