Dzieci roślin
Ciepło spomiędzy wąskich uliczek, snuło się wraz z nim w górę. Ocierało pokryte kurzem lico, podrażniając klejące ze zmęczenia oczy. Purpurowe znamię na skroni tętniło wybijane przez granatowe żyły. By masywnej postury, co jeszcze bardziej uwydatniało gdy się pochylał, opierając zaciśniętą pięścią o chropowate stopnie schodów. Dysząc, zrzucił z siebie długą pelerynę, odsłaniając na ramionach pasma wypalonej powłoki.
Ze skórzanej butli wysypał na świeże rany czarny proszek. Przenikał tkankę, maskując ubytki organicznego płaszcza ochronnego. Z karku wyrastały mu zakorzenione w lędźwiach pędy winorośli, zaplatając wieniec na głowie. Dojrzewające kiście jasnych kulek pokryła sadza.
Szła za nim otulona młodymi, świeżo zerwanymi, liśćmi własnoręcznie spiętymi szwami z pajęczych nici. Zielone loki roślin, chwytały kosmyki długich włosów lekko nimi potrząsając. Spod krzewiastych zarysów głowy wyłaniała się drobna twarz.
Bose stopy kobiety zostawiały wilgotne ślady, które zwabiały spragnione owady.
Na tym wzgórzu, winnice przepełnione były beczkami. Zakorkowana przeszłość tamtych pól z namiastką przodków. Sprawiała, że czuli się coraz bardziej wyobcowani. Zaraza dotknęła pierwotnie ukształtowany cykl życia. Plamy z pustki zataczały coraz szersze kręgi.
Powłócząc kończynami, zbliżali się do muru. Po przekroczeniu drewnianej bramy ukazał się im stos z korków. Potłuczone butelki tworzyły tafle mieniących się ostrych krawędzi.
Z wystających wież dziedzińca unosiłyl się kłęby pary z drażniącym odorem cierpkiej substancji. Wyczuwał go, zadzierając wysoko głowę.
Dziewczyna przyglądała się jego każdemu ruchowi. Ponowny grzmot połączony z tłuczonym szkłem rozległ się po okolicy.
Drewniana skrzynia wyleciała przez okno. Zdążył ją odepchnąć na bok. W jego przysychające ciało wbiło się jedno z żeber spadającego za nią mięsożercy ze sporymi guzowatymi przerostami na piszczelach. Korzonki zwisały do kostek, plącząc się niczym nie zawiązane sznurowadła.
- Krew! - krzyczała, rozdzierając paznokciami sukmanę towarzysza.
- Zostaw, zanim nią przesiąkniesz. - Odepchnął ją.
Z podkulonymi nogami wymachiwała ramionami, usiłując złapać równowagę.
- Wytropią cię, pozwól mi. - Długi pęd skierowała w zraniona miejsce. Nadgryziony wypuszczał kleistą ciecz.
Zasyczał, narastające ból i pieniąca się wydzielina rozrywała resztki kościstych drzazg.
Uderzenia potężnych skrzydeł pokryły ich cieniami. Przestraszyła się, odrywając gwałtownie od niego.
Ścisnął ją za przeguby dłoni. Szarpiąc, wył zaciekle, ciągnąc do podziemi zamczyska.
Nad ich głowami krążyło stado zdziczałych chimer. Dawniejsze posągi uwolniły poczwary.
Wpadli w ciemną celę, zatrzaskując za sobą metalowe kraty.
Ze skórzanej butli wysypał na świeże rany czarny proszek. Przenikał tkankę, maskując ubytki organicznego płaszcza ochronnego. Z karku wyrastały mu zakorzenione w lędźwiach pędy winorośli, zaplatając wieniec na głowie. Dojrzewające kiście jasnych kulek pokryła sadza.
Szła za nim otulona młodymi, świeżo zerwanymi, liśćmi własnoręcznie spiętymi szwami z pajęczych nici. Zielone loki roślin, chwytały kosmyki długich włosów lekko nimi potrząsając. Spod krzewiastych zarysów głowy wyłaniała się drobna twarz.
Bose stopy kobiety zostawiały wilgotne ślady, które zwabiały spragnione owady.
Na tym wzgórzu, winnice przepełnione były beczkami. Zakorkowana przeszłość tamtych pól z namiastką przodków. Sprawiała, że czuli się coraz bardziej wyobcowani. Zaraza dotknęła pierwotnie ukształtowany cykl życia. Plamy z pustki zataczały coraz szersze kręgi.
Powłócząc kończynami, zbliżali się do muru. Po przekroczeniu drewnianej bramy ukazał się im stos z korków. Potłuczone butelki tworzyły tafle mieniących się ostrych krawędzi.
Z wystających wież dziedzińca unosiłyl się kłęby pary z drażniącym odorem cierpkiej substancji. Wyczuwał go, zadzierając wysoko głowę.
Dziewczyna przyglądała się jego każdemu ruchowi. Ponowny grzmot połączony z tłuczonym szkłem rozległ się po okolicy.
Drewniana skrzynia wyleciała przez okno. Zdążył ją odepchnąć na bok. W jego przysychające ciało wbiło się jedno z żeber spadającego za nią mięsożercy ze sporymi guzowatymi przerostami na piszczelach. Korzonki zwisały do kostek, plącząc się niczym nie zawiązane sznurowadła.
- Krew! - krzyczała, rozdzierając paznokciami sukmanę towarzysza.
- Zostaw, zanim nią przesiąkniesz. - Odepchnął ją.
Z podkulonymi nogami wymachiwała ramionami, usiłując złapać równowagę.
- Wytropią cię, pozwól mi. - Długi pęd skierowała w zraniona miejsce. Nadgryziony wypuszczał kleistą ciecz.
Zasyczał, narastające ból i pieniąca się wydzielina rozrywała resztki kościstych drzazg.
Uderzenia potężnych skrzydeł pokryły ich cieniami. Przestraszyła się, odrywając gwałtownie od niego.
Ścisnął ją za przeguby dłoni. Szarpiąc, wył zaciekle, ciągnąc do podziemi zamczyska.
Nad ich głowami krążyło stado zdziczałych chimer. Dawniejsze posągi uwolniły poczwary.
Wpadli w ciemną celę, zatrzaskując za sobą metalowe kraty.
Komentarze
Prześlij komentarz