Dzieci roślin cz.2

Chłód ścian, z wilgotną strużką ściekającą po zboczu, do której przywarli oboje plecami dał im odrobinę otuchy. Spragnione macki przyssały się do chropowatej powierzchni z piaskowca. Przebłyski światła z sąsiedniego pomieszczenia ukazały długi sznur zaplątanych w sieci małych stworzeń  –  które milczały, wpatrując się otępiałym wzrokiem w unoszące się nad nimi długie nogi z zakrzywionymi pazurami.
Zielonooki Dion dostrzegł w nich znajome rysy. Pochodziły z plantacji objętej kwarantanną. Zamknięte pole doświadczalne i wyjątkowo skuteczne przeszczepianie ludzkich organów roślinom szybko wykształciło nową krzyżówkę.

—  Tam są dzieci –  wysyczał, powstrzymując narastający w nim ból.
—  Jedno z nich ma coś w ręce  –  odpowiedziała, podchodząc do grubych prętów wejścia.
—  Strzępy księgi  zostały nakryte w bibliotece. Posadzili je o przyswajanie wiedzy przez układ pokarmowy. Nie znając pisma ludzi, połykają cały alfabet, ucząc się jednocześnie ich mowy.
—  Bystre stworzonka. –  W jej policzku pojawił się dołek. Spierzchnięte usta, nabierały jasno różowego kolorytu.
—  Ten nad nimi wydrze im to z trzewi. Przebiegły szczur, już wywija ogonem na sam widok pełnych wiedzy.

Rozdzierający pisk wymieszany z wyziewami pyska gryzonia dotarł do kanałów ściekowych, niosąc informacje długimi korytarzami pod dziedzińcem do pokrytego parchami kocura. Gotowy do łowów z nożem do papieru za pazuchą, łasił się do swojego pana. Gburowaty z ciężką czupryną z miedzianych sprężyn pochylił się nad zaniedbanym pupilem.
—  Sierściuchu, zniknęły dwa tomy ponadczasowej księgi. Wiesz coś o tym?
—  Tak panie, te małe łachudry wykopały podkopy pod ogrodzeniem i dostały się do spichrza z nasionami, a później na wózku z donicami do szklarni, z stamtąd po schodach... 
—  Zamilcz, całej mapy nie musisz mi tłumaczyć, mam ją rozłożoną na stole. Konkrety, liczy się co dalej. – Porywczy władca, z czerwonym nosem gromił wzrokiem swojego doradcę.

Szmaragdowe oczy rozbłysły refleksyjnie. Drgania dźwiękowej fali przenikały ich na wylot. Ukłucia im towarzyszące dźgały dotkliwie każdą komórkę nawadniających się tkanek. Drżącymi dłońmi objęła jego szyję. Szamotał się konwulsyjnie, uczestniczenie w kaźni
bezbronnych dzieci roślin doprowadzało go do obłędu.
Usiłowała opanować jego niekontrolowane odruchy. Zrywając z siebie długie pasma kłączy obwiązała mu kończyny. Pochlipywał, skulony zaczął się rozwijać. Leżąc na zimnej posadzce chciał wrosnąć w twardy grunt. Wszystko ucichło, z ostatnim mlaskiem zwierza i ostatnią kroplą z oka.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Ja robot

Dusza ogrodu