Zwiadowca

 Przez wiele tygodni słońce nie mogło przedrzeć się przez grubą warstwę mgły. Chłód wnikał w każdy zakamarek odzienia.

Stojąca na przystanku matka próbowała uspokoić dwójkę swoich dzieci, poranne rozstania w przechowalni skutkowało nagłym wybuchami płaczu. Aniołki chóralnie nadawały sygnał niepokoju. Bezszelestnie przetransportowywane długą rurą, odbierane były przez super nianie i umieszczane w boksach sensorycznego rozwoju.

Był też drugi rodzaj transportu. Odbywał się w mniej przyjemnych warunkach. Stare, zardzewiałe łącza, drapały i niejednokrotnie rozdzierały ubrania poruszającymi się nimi osobom. Kretowisko zaopatrywało swoich członków we wszystkie narzędzia do pracy nad miastem pod skorupą Ziemi.

Para buchająca z kratki ściekowej drażniła nozdrza przechodniów. Zasłaniali usta, wstrzymując oddech.

— Zbliża się przesilenie — pomyślał Korytarzon zwiadowca numer 00 zaciągając się odorem bakteryjnych odchodów. Na całej ręce miał wytatuowaną mapę zaimplementowanych tytanowych mechanizmów. Działały jak w zegarku, wydając ciche szmery.  Zielona woda pod jego stopami żłobiła w asfalcie cienkie koryto. Pobierał jej próbki. Potrzebne były do badań nad nowym specyfikiem wspomagającym bioniczne mięśnie staruszków. Prototypy wymagały ulepszeń, zastępowały nieudolnie rozwijające się społeczeństwo.

Tatuaż z mapą na całej ręce przedstawiał zaimplementowane tytanowe mechanizmy. Działało wszystko jak w zegarku,wydając nikłe szmery. Nie odczuwał zmęczenia zasilany pokarmem z nadzwyczajnych komponentów roślin. Wbudowana percepcja odzwierzęca dawała mu przewagę nad wszystkimi. Widząc sokolim okiem każdy ruch i gest, bezbłędnie odczytywał ich emocje.

Zamiatając ziemię długim płaszczem, ruszył z walizką w stronę tunelu. Na widok brzóz, ogołoconych przez wyjątkowo żarłoczne owady westchnął. Biała kora, zapowiadała rychłą zmianę pory roku na identycznie surową.

Drzwi windy otworzyły się. Charakterystyczny, pulsujący dźwięk sygnału przewiercił mu uszy, a próżniowy ciąg zassał go jak banknot w biletomacie. Zniknął.

Tropikalny klimat na poziomie minus 112 powodował nieprawdopodobny zaduch, półmrok wzmagał aktywność nocnych stworzeń. Rosły tu okazy drzew, które na powierzchni dawno już wymarły. Połączone gęstą siecią lian, konarami sięgały sklepienia. Teren był nie większy od stadionu.

Korytarzon przechodził tędy za każdym razem, kiedy miał zdawać raport z sytuacji na powierzchni. Z pogardą kręcił głową na widok sztucznie utrzymywanych plantacji. Wiedział, że te drzewa cierpią. Korzenie osadzone tak głęboko, że kiedy wysyłały miedzy sobą sygnały natychmiast przechwytywane były przez urządzenia do kontroli ich zdrowia.
Mogły poruszać jedynie drobnymi liśćmi na samych końcach gałęzi. Rejestrował te niuanse, ucząc się je naśladować.

Na drugim końcu globu, gdzie pył po tropikalnym lesie pokrywał tętniące płuca ziemi, małe istoty o szpiczastych pyskach przeczesywały teren. Na tablicach zawieszonych w powietrzu układały szczątki roślin, które nie uległy całkowitemu rozkładowi. Atlas biologiczny służył do odzyskiwania DNA.
Grupa wyspecjalizowanych naukowców z najwyższego szczepu bakterii, przypominała kolonie pod mikroskopem za czasów wynalezienia szczepionki na gruźlicę. Teraz przejęły rolę ludzi, których wyjałowione i słabe ciała zalegały w formie przetrwalnikowej w olbrzymich ampułkach. Obfite kształty z mackowatymi ramionami wymachiwały diagnostyczną aparaturą. W zakamarkach pomarszczonych zakończeń przechowywały, strzykawki, lusterka i inne prymitywne narzędzia laboratoryjne z czasów kiedy same były poddawane eksperymentom. Ze zniekształconych otworów gębowych wyłaniały się długie jęzory ich mową na zaawansowanym poziomie komunikacyjnym, były syki i krztuszenie.

Zwiadowca nrumer 00 wysłał impuls. Zgrzyt szerokich stalowych drzwi przywitał go uderzając gorącym powietrzem z mieszaniną pary. Zmarszczył pofałdowane czoło. Raziło go laserowe światło, celując prosto w czarne soczewki.

— Korytarzon! — Zaskoczony szybką akcją zwiadowcy najstarszy z laborantów grubas, wymachiwał odnóżami, ciągnąc długi ogon po kartach przejścia. Popiskiwał dziko, radośnie przytupując płaskimi, mlaszczącymi stopami.

— Nadchodzi zima, musimy się spieszyć zanim pokryje wszystko lodem - powiedział zwiadowca z przejęciem w głosie. Przysłuchujący się ich rozmowie nanorobot zabzyczał skrzydełkami, odwracając się do leżącej na wirtualnej matrycy osobie.

— Pierwotni wymierają.

— Mamy spore ich zapasy. Nie grozi nam wyniszczenie, a na pewno nie w tych warunkach w naszym imperium — Laborant mlasnął macką o stalowy blat, krzywiąc w przebiegłym uśmiechu sine kreski przypominające usta.

— Ludzie, są nam potrzebni. Symbioza nie może być przerwana. Korytarzon nie dawał za wygraną. Z tych wątłych które mamy nie odtworzymy gatunku na nowo.

Komentarze

  1. Witaj :)
    Lubię wspólne mianowniki przeplatające się w różnych, pozornie obcych opowiadaniach :)
    Zatem sporo wyjaśniło się w kwestii "Zwiadowcy", choć mam nadzieję, że co tej postaci nie powiedziałaś jeszcze ostatniego słowa :)
    Pozdrowionka :)))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Agnieszka Przenoszę powstałe postacie do innych towerów. :) Do tej kontynuacji pewnie wrócę za jakiś czas. :)
      Dziękuję i pozdrawiam.

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Ja robot

Dusza ogrodu