Mroczny—korzenie Sessili cz.2
Pukanie do ruderowych drzwi było niczym szelest liści. Przytępiony słuch staruszki odebrał sygnał wiercącego się w muszli winniczka. Obracała głowę na wiotkiej szyi, Światowid peryskopowy lustrował pomieszczenie. Cień pod wywarzonymi z zawiasów drzwiami lekko się poruszył.
— Kogo tam niesie!? — westchnęła chrapliwie i unosząc się na powykręcanych paluchach u stóp podreptała baletowym krokiem w stronę wyjścia.
— Tup, tup, tup, powieszony mały trup... — nuciła pod orlim nosem, grzebiąc w kieszeniach drapowanej sukni. Gdzieś w tej przepastnej otchłani kobiecych zakamarków był eliksir śmierci...
— Jest! — wydusiła, wywracając oczyma w górę.
Z impetem otworzyła swój dobytek, stojący na zewnątrz mężczyzna ledwo zdołał odchylić się od skrzydła rozpędzonych drzwi.
— Trzy krople w oko jedna na czoło i do wora! — Wymachiwała paluchem niczym kropidłem.
— Kobieto! Jestem kurierem, przynoszę wiadomość. — Ciemna twarz przybysza zrobiła się purpurowo-granatowa.
— Kurier! ? — Co to za nowa osada, która wysyła ludzi z nowinami. Hmmmm? — Zanim zdąrzyła zapytać o treść przesyłki eliksir zrobił swoje. Sztywny niczym kołek chłopak leżał pod jej stopami.
— Dziecko, przynieś worek ten, który leży pod krzesłem. Dawno nic nie dostawał do jedzenia. — Uśmiechnęła się do siebie.
Sessila posłusznie podała jutowy wór przewiązany długą taśmą.
— Z takiego samego jest uszyte twoje drobne ciałko. — Zmierzyła dziewczynkę bez serca, tylko ta dziura będzie do uzupełnienia. — Zmartwionym wzrokiem obserwowała Sessile jak rozpakowuje pozornie zwyczajny pakunek.
Brunatna płachta rozłożyła się z kostki, podskakując niezdarnie i otworzyła paszczę pochłaniając młodzieńca z butami. Głośnym beknięciem rozpłaszczył się ponownie na ziemi.
— I po przesyłce, trzeba być durniem, żeby do mnie przychodzić bez zapowiedzi.
"Nadawca nieznany", kartka papieru wirowała zamiatana przez wiatr.
— Sessila, podnieś ten strzęp, będzie na rozpałkę. — Nic niemówiące dziecko posłusznie podniosło poszarpany skrawek.
Komentarze
Prześlij komentarz