Jesienna zaduma
Dzień był pochmurny, ale nie zanosiło się na deszcz. Spojrzał na ścieżkę i miejscu, w którym równolegle mijał mrówki jak na miniaturowej autostradzie. Szła tylko jedna, niosła coś niewielkiego.
W kierunku odwrotnym niż on. Zatrzymał się, bo coś zaczęło spadać z nieba na suche liście. Czyżby to był deszcz? Chwilę stał w miejscu, przyglądając się uważnie. Nie były to krople. Drobne poobgryzane łuski spadały z sosny prawie na niego. Cofnął się kilka kroków i spojrzał w górę. Na niższej gałęzi siedziała wiewiórka. Trzymała w łapkach szyszkę i ją obgryzała.
Zadowolony rudzielec, pomyślał, chłopiec i poszedł dalej. Nie czekał, aż nasypie mu tymi resztkami na głowę.
Po schodach usłanymi kolorowymi liśćmi, skierował się w dół bliżej wody. Patrzył na te, które wpadły już do niej i pływały, subtelne i zarazem mocne w kolorze.
Jesień topiła swoje talizmany, opadały z tafli wody nasiąkając i osuwając się na samo dno. Nawet teraz jest tam kolorowo. Z zadumy wyrwał go szelest, to czarny ptak z żółtym dziobem, przewracał mech w poszukiwaniu jedzenia. Szedł grubą warstwą listowia opartą na źdźbłach trawy. Uginały się pod jego stopami, czubki butów podrzucały zahaczając, te które leżały najwyżej. Podskakiwały lekko podnoszone, z każdym krokiem. Tak bardzo chciał się w nich położyć i zakryć jak kocem. Zasnąć i spać do wiosny. To tylko marzenie, tak mogą tylko jeże. Zające czasami przyglądają się zza gęstych nagich już prawie krzewów, ale nie tym razem.
Na pustej drodze słońce nie śledzi go z jego cieniem. Teraz tylko on i jego myśli. Dobrze jest czasami zanurzyć się w swoim wnętrzu i popływać w doznawanych wrażeniach.
Komentarze
Prześlij komentarz