.

Z przepełnienia, wylewa się z niego po schodach z drewna, zatamowana siła. Wyrywa się z czeluści wolnego przepływu, goniąc stróżka za stróżką. Nie ma już szeptu, kropla do kropli nie jest podobna. Zebrane w jeden strumień, rozbija się o wzburzoną toń wody. Siedzę cicho, pojawiają się i znikają. Małe, duże powykręcane. Chwytam je ułamkami chwili, chlapią, podskakują i znikają tak szybko jak się pojawiają.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Ja robot

Dusza ogrodu