Letnie demony
Żar lał się z czystego nieba, krople
potu wysychały na jego czole, przecierał je zmęczoną dłonią.
Zbliżało się południe, niebezpieczny czas dla żniwiarzy.
Słomiany kapelusz leżał pod drzewem w cieniu, a on zajęty praca
nie zauważył powietrznego wiru tworzącego się w oddali. Kłosy
poruszały się niespokojnie muskane ciepłymi porywami, które rosły
w siłę.
Uniósł głowę zwabiony cichym
śpiewem, dolatującym spomiędzy długich łanów zboża. Wynurzała
głowę pełną pierścionków ze złotych pukli. Zrobił krok do
przodu, powoli odwracała się w jego stronę, zbliżając się do
niego płynęła w złotym nurcie żywiołu. Ognisty słup pożerał
wszystko na swojej drodze. Stał patrząc otępiałym wzrokiem.
Okrążyła go z jęzorami ziejącego rdzawego towarzysza. Gorąco
uderzyło w jego lico, ubranie zajęło się gwałtownie liźnięte
przez głodnego piekielnego potwora. Zanim zapłonął niczym
pochodnia o zmierzchu, poczuł na swojej szyi ukłucia metalowych
kłów. Chłód wymieszany z potem na całym ciele, gasił
przenikliwy żar do szpiku kości. Wił się w rytmie spazmatycznego
tańca. Odsłoniła twarz, czerniejąca ciecz na jej bladych ustach,
zastygała na porcelanowej brodzie. W jasnych ślepiach odbijała się
dawna istota w welonie. Iskry targały jej złote włosy, zmarszczki
wygładzały się topiąc łzy w bawełnianej chuście. Jęki
wymieszane z trzaskiem pożeranych ziaren, unosiły kłęby
szaroczarnego dymu, ponad korony pobliskich drzew. Polną ścieżką
szły podobne do niej, głodne strawy młode panny.
Pole poczerniało, zniknęło widmo
światła.
Ciemniejące niebo, przysłoniło
leżącego w kręgu związanych snopków młodzieńca. Zasnął
znużony pracą, one tylko na to czekały.
Komentarze
Prześlij komentarz