Upadki
Warstwa bieli przysypała górkę za domem, w nocy puchate chmury upuściły trochę zimnego pyłu.
Szklista powierzchnia wygładzona przez bezbarwny worek ze słomą, wymagała odświeżenia.
Ciągnęła za sznurek, szurający tobołek do jazdy po wzniesieniu. Czarny pies plątał się przy jej nogach.
Stara Syrenka była wrakiem bez kół, mijała ją po drodze niczym wyścigówka na zawodach. Młody orzech i drzewa owocowe rosły po jednej stronie, a po drugiej był płot sąsiadów.
Śnieg wirował rozrzucany na boki końcówkami ciepłych butów. Łajka biegła przy niej, podgryzając jej rękawy. W dole na wprost toru, stała stodoła z drewnianymi drzwiami. Była zbyt daleko, żeby do niej kiedykolwiek dotrzeć.
Pewnego mroźnego wieczoru, w oświetleniu księżyca ojciec wylał kilka wiader wody, na ubitą warstwę śniegu. Szklista powierzchnia porywała ją w zawrotnym tempie. Szaleństwa nigdy nie było dosyć. Czerwona buzia, mokre rękawiczki i radosne odgłosy rozpędzonego dziecka w zabawie.
Przymierzała się do najnowszej konfiguracji, klęcząc i mocno zaciskając sznurek w dłoniach, kiedy było już za późno, żeby się zatrzymać, uderzyła z hukiem kolanami w drewniane wejście. Przewróciła się na bok, kuląc i przytrzymując rozsadzające z bólu rzepki, łzy wypływały same z oczu.
W zamarzniętym strumieniu on miał czapkę z królika, w czarnych figurówkach. Ona w dużo mniejszych białych, ze złotym logo firmy. Stała pokracznie, przesuwając się niepewnie z rozstawionymi szeroko nogami i z rozłożonymi ramionami przygotowane asekuracyjnie do lotu.
Uczył ją tej trudnej sztuki, skupiony czekał, aż sama do niego się zbliży. Szło jej coraz lepiej i pewniej na paśmie gładkiej powierzchni, aż do momentu wystającej łodyżki uschniętej rośliny zatopionej przy brzegu. Runęła na lód z wrzaskiem, pomógł jej wstać. Pierwszą lekcję miała już za sobą.
Szklista powierzchnia wygładzona przez bezbarwny worek ze słomą, wymagała odświeżenia.
Ciągnęła za sznurek, szurający tobołek do jazdy po wzniesieniu. Czarny pies plątał się przy jej nogach.
Stara Syrenka była wrakiem bez kół, mijała ją po drodze niczym wyścigówka na zawodach. Młody orzech i drzewa owocowe rosły po jednej stronie, a po drugiej był płot sąsiadów.
Śnieg wirował rozrzucany na boki końcówkami ciepłych butów. Łajka biegła przy niej, podgryzając jej rękawy. W dole na wprost toru, stała stodoła z drewnianymi drzwiami. Była zbyt daleko, żeby do niej kiedykolwiek dotrzeć.
Pewnego mroźnego wieczoru, w oświetleniu księżyca ojciec wylał kilka wiader wody, na ubitą warstwę śniegu. Szklista powierzchnia porywała ją w zawrotnym tempie. Szaleństwa nigdy nie było dosyć. Czerwona buzia, mokre rękawiczki i radosne odgłosy rozpędzonego dziecka w zabawie.
Przymierzała się do najnowszej konfiguracji, klęcząc i mocno zaciskając sznurek w dłoniach, kiedy było już za późno, żeby się zatrzymać, uderzyła z hukiem kolanami w drewniane wejście. Przewróciła się na bok, kuląc i przytrzymując rozsadzające z bólu rzepki, łzy wypływały same z oczu.
W zamarzniętym strumieniu on miał czapkę z królika, w czarnych figurówkach. Ona w dużo mniejszych białych, ze złotym logo firmy. Stała pokracznie, przesuwając się niepewnie z rozstawionymi szeroko nogami i z rozłożonymi ramionami przygotowane asekuracyjnie do lotu.
Uczył ją tej trudnej sztuki, skupiony czekał, aż sama do niego się zbliży. Szło jej coraz lepiej i pewniej na paśmie gładkiej powierzchni, aż do momentu wystającej łodyżki uschniętej rośliny zatopionej przy brzegu. Runęła na lód z wrzaskiem, pomógł jej wstać. Pierwszą lekcję miała już za sobą.
Komentarze
Prześlij komentarz