Zaliczka na cdn
W ciemnym obskurnym barze siedział prawie sam, nie licząc starego zarośniętego siwizną barmana. Wychylił szklankę z drinkiem do samego dna jednym duszkiem. Wściekły pies przechodził do krwiobiegu, a on stawał się tak samo zajadle wkurwiony, jak nazwa tego trunku.
Brakowało tylko skraplającej się pary z jego pyska. Moczymorda, kawał łachudry, stęchlizna uwalniała się z jego zmurszałego kapelusza. Spojrzał na swoje dłonie, zniszczone, tak zniszczone ostatnią dekadą szarpania każdego dnia za cienkie długie pasma egzystencji. Zwijał kłębki swoich nic niewartych oddechów. Drzewa miały dzięki niemu więcej dwutlenku węgla. Tlen był bezbarwną miarą każdego uderzenia serca. Ile jeszcze ich zostało, wiedziała tylko matka natura.
- Krwawą Mary poproszę. - Kobiecy głos zabrzmiał jak wicher wystrzelony z lisiej nory. Butelka trzynasta z rzędu zakołysała się na półce. Staruszek zgrabiałymi palcami sięgnął po nią, wykonując zamówienie. W lustrze odbijająca się postać z długimi włosami, wbijała wzrok w siedzącego z boku mężczyznę.
- Witaj Mary, podobno na sali baletowej ktoś znowu oszalał podczas prób. - Z wysiłkiem zadawał jej to pytanie, znając szczegóły wydarzeń, które powtarzały się cyklicznie.
- Głupiec znowu wypowiedział moje imię, a kiedy już się pojawiłam, nie było kogo wciągnąć na drugą stronę. Wiesz dlaczego?
- Nie. - Spuścił nisko głowę, nie chciał znać odpowiedzi.
- I tak ci powiem. - Szeptem płynące słowa, zrobiły z jego czaszki durszlak. Przeciekały myśli, kapiąc żywą barwą. Przeskoczyła przez bar łącząc się w srebrnej toni ze swoim namacalnym odbiciem. Pozostawiła po sobie blade oblicze staruszka.
Wściekły pies buzował w jego głowie. Przetarł oczy chropowatym mankietem koszuli.
Wstał od stolika, lekko się zataczając.
Wyszedł na zewnątrz, zaciągając się dymem z pobliskich kominów.
Wolność, ta szara obrzydliwa chwila, kiedy zderza się z codziennością. Trupia pogoda zwieszała martwe ciało nieboskłonu, otwarte żebra rozsuwały się powoli . We mgle nie widać konturów złudzeń. Świat w wypranych barwach umysłu, jest jedną wielką woalką.
Cztery razy W były drzwiami do innego świata. Baletnica utrzymuje swój ciężar na jednej topie, nie łamiąc przy tym palców. A on z płaskostopiem na dwóch nie potrafi postawić kroku. Stojąc marzł, oddychając, parował wściekle procentowo.
*
W pustych kieszeniach, głucho odbijała się bieda od zacerowanej łaty. Nie miał zaliczki, żadnego własnego wkładu oprócz dziwgających przez kręgosłup kilogramów, ale po co komu taki typ jak on.
Szurał zniszczonymi podeszwami, po kostce brukowej. Zanim zapadnie ciemna kurtyna, musi znaleźć schronienie. Włóczące się tędy bandy rabusiów nie oszczędzą jego głowy.
Komentarze
Prześlij komentarz