Mroczny - Po drugiej stronie
W równym rzędzie klucze pozawieszane na szarej tablicy z numerami pokoi wisiały, wietrząc odciski palców po gościach hotelowych. Trzynastego brakowało, cień po nim bladł z każdym dniem.
Recepcjonista spoglądał na wejście, jakby na kogoś czekał. Przewertował dziennik i coś w nim zanotował. Odhaczony dzień, pokryły wskazówki zegara, wybijając minutę po północy. Padło kukułki wyjechało na harmonijce, trzęsło się ptaszysko ze starości, wykrzykując drapiącym dźwiękiem uszy. Zakrył sobie je dłońmi, kiedy schylił się po gazetę spod lady, zdążyła się zaciąć. Chociaż raz nie był zmuszony przywalić jej z pierwszej strony, przeterminowanych wiadomości.
Stukot obcasów wprawił go w osłupienie. Uderzenie w srebrny dzwoneczek rozległo się po holu.
Długimi paznokciami zarysowała blat. Kobieta w czerni, oblana burzą płomiennych włosów wbiła w niego spojrzenie. Skurczył się w sobie. Zostałby z niego sam uniform, gdyby nie głęboki oddech.
- Co za zaszczyt. - Wyszczerzył się niepewnie.
- Znalazł się już klucz?
- Nie. Ostatnio był w nim podejrzany typ i niestety nie zwrócił go do recepcji.
- Miał jakieś znaki szczególne?
- Tak, na łokciu ogromną pajęczynę. Sam staw był odwłokiem pająka. Poruszał się po nim i wracał na miejsce, kiedy wyciągał sakiewkę z czymś ostro cuchnącym.
- Coś jeszcze?
- Był z nim dziwny typ, taki blady nie zdrowo wyglądający, jakby trup. - Wypowiadał te słowa coraz ciszej, bał się jej spojrzenia wyciekającego wąską strużką spod długich mocno zawiniętych rzęs. Usta uwydatnione odstawały znacznie od twarzy. Mlasnęła nimi niby cmok czy coś, z takich napompowanych sztucznie jadem kiełbasianym trudno było odczytać zamiar.
- Mroczny - stwierdziła, przyciskając do siebie lakierowaną kopertówkę.
Ten umarlak był bezbarwny miejscami? - Zalśniły jej gałki, koci błysk odbił refleks w oczach portiera.
- Nie jestem pewien, raczej był przypudrowany na biało. Może to mim, a ja go źle oceniłem. - Wzruszył ramionami lekceważąco.
- Pewnie połykał żywe ognie, a brzuch robił za palenisko. - Zaśmiała się szyderczo. Zgrzyt zębów oznaczał jedno...
*
Dziecko roślin wystawało z kieszeni. Drobnymi ząbki przegryzło dziurę w materiale. Poszarpane nitki głaskały je po czole. Szturchnął je palcem, a ono zapiszczało niezadowolone.
- Lokaju, przeszliśmy już spory kawałek drogi, ta mapa jest wybrakowana.
- Panie, znajdziemy ją, chociaż miałoby to trwać jeszcze rok.
- Ten martwy punkt, to on zwodzi kompas.
- Wydziela energię, źródło dało jej moc. Połączenie z tobą wzmocnił je do reszty.
- Gdyby nie to lustro staruchy... Ogień nie wypaliłby w niej uczuć.
- Hotel przy tej opuszczonej ruinie, nie spłonął. Jest jeszcze szansa.
- Numer trzynasty, mam go w kie... - Zapadał grobowa cisza.
Ty! - Wyszarpnął go gwałtownie, aż maleństwo wybałuszyło oczy. Poczuł na plecach przyszłego drzewca coś twardego. Klucz wrósł w jego łopatki.
- Nie, to jest niemożliwe. Kora była już stwardniała.
- Ona znowu rozpali piekło.
- Mogłem je zostawić na tym parapecie. Miało być Drzewkiem szczęścia, taką miało mieć moc po tym nawozie ze szczątków szczurów. Uschłoby osamotnione.
- Panie, z tego ziarenka mogło wyjść jeszcze coś znacznie gorszego. Stragan był przepełniony pokrzywionymi istotami w donicach.
- Ten klucz wiesz, z czym się wiąże?
Droga powrotna wiła się pomiędzy potężnymi drzewami. Czarne ptaszyska pokrakiwały prostując skrzydła, niczym baldachimy dla ściskającego ich w obiencia wstającego chłodnego jeszcze okręgu.
Cienkie wiązki muskały ich blade twarze. Na wpółprzymknięte oczy Mrocznego pochłaniały każdą namiastkę drgających cieni. Wyczuwał w nich grozę, pozorne wytchnienie, atakujący z znienacka symboli zniekształconego zarysu mięsożerców. Poruszały gałęziami, liście na nich pokurczone nosiły ślady zadrapań i resztek tkanek mniej uważnych istot.
Zwłoki portiera przywitały ich powieszone na drzwiach. Wybrakowane, wiło się chmarą białych larw. Muchy krążyły nad nim przysłaniając zdeformowane rysy twarzy.
Odór był nie do zniesienia. Ominęli je szukając wejścia z tyłu budynku. Szybkie oddechy nie pozwalały uspokoić roztargnionych myśli.
*
Słabe iskry z jej oczu rozniecały ogień. Kucała z upapranymi dłońmi od kleistej żywicy. Kosmyki ciepła unosiły się chwiejnie, podsycane jej oddechami. Maleństwo dogorywało na drewnianym stołku. Korzonki z długich patykowatych palców zaciskało w agonii. Wiło się, kierując w stronę stojącego obok Mrocznego. Nic nie mógł zrobić przykuty do ściany pląsającymi nićmi z jej ramion.
- Co w ciebie wstąpiło, wtedy w tym źródle, co to było?
- Utonęłam, widząc uwięziony tlen w tych bąblach ulatujący ku górze. Rtęć zakonserwowała mnie doskonale. Stanowię odbicie tej po drugiej stronie lustra. Spójrz na siebie, nie jesteś tym samym, który był tam razem ze mną.
Jego dłonie szkliły się ze srebrnymi refleksami. Płynęła w nim ciecz o metalicznym zabarwieniu. Stłumiony obraz wyłaniał drobne drgania. Opływał każdą kroplą wyciekająca z porów, niczym czekolada w srebrnym papierku rozpuszczająca się w upalny dzień na pikniku.
Witam :)
OdpowiedzUsuńŚwietne :) Lubie kwieciste słownictwo :) Ale to już wiesz...
I ten klimat. Mroczna opowieść, mroczne słownictwo, klimat... Sam Mroczny...
Proszę więcej i częściej :)
Pozdrowionka
Aga Wielkie dzięki za zerknięcie. :)
UsuńPozdrawiam