Dom

— Odsuń się lepiej
— Bo?!
— Nadchodzi.
— Co nadchodzi?
— Wiosna, bałwanie.
— To jest taki sam suchar, jak twojego starego ,,ty cycu'', którego nie znosisz.
— Więc lepiej się odsuń, zanim przypiekę ci dupę.
— Słoneczko!
— Nazwij mnie tak jeszcze raz, a pożałujesz.
— Auuu!
— Przesuń się!
— Sam się przesuń zimny draniu.
— Ech, kiedy to było.
— Wtedy jeszcze nie byłeś taki gruby.
— A ty taka rumiana.
— Spieprzaj.
— Mogłabyś być chociaż raz miła.
— Zapomnij.
— Musimy stąd wiać.
— To był twój poroniony pomysł, żeby udawać wariatów.
— Przynajmniej siedzimy na jednym oddziale.
*
— Franek!
— Masz jeszcze te pigułki?
— Nie i się odwal Zenek.
— Słoneczko, zobacz jak on człapie z tymi gumkami od gaci przyszytymi do laczków.

Bałwanek Franek i słoneczko Hultajko.
Ucieczka ze szpitala.

Dom-przymiarki.

*
—  Oglądam tą samą sytuację od tygodni, zrób z tym coś!
— Tylko jak?
— Odwiąż mi ten kaftan.
— Sam jestem związany.
— Zębami, dalej tylko mi nie pogryź rąk.
— Ale czekaj, tym razem siedzimy w jednym.
— Co?
— Mamy wspólny kaftan bezpieczeństwa.
— Zjadłeś te pigułki, które dała ci ta w białym fartuchu.
— Nie tylko trochę possałem, były takie słodkie jak ty.
— Idioto, ja tu kombinuję jak się wydostać z tego przytułku, a ty sobie próbujesz.
— Weź też, niezły jest odlot po całej.
— Zaraz nie wytrzymam, siostro!
— Co tak krzyczysz, wbiją ci igłę i dopiero zaliczysz okreżną rundę w kosmos.
— Racja, stukniety jesteś na własne życzenie.
— Jak długo to działa?
— Średnio do kolacji.
— A, to już uzależnienie, ipipipi. Cenzura.
— Dobra, otwórz usta i nie waż się dotknąć tej kapsułki podniebieniem. Później ją przesuń pomiędzy zęby i kiedy skończą obchód, wypluj pod oknem. Zrozumiałeś.
— Tak słoneczko.
— Słoneczko, nieźle ci tam spaliło zwoje pod kopułą.

*
— Ej wy! Psyt! Psyt!
— A ten najgorszy przypadek, czego od nas chce.
— Pewnie się jemu podobasz.
— Prędzej ty, jesteś taki blady i tak pięknie wyglądasz w tym pożółkłym od starości worku.
— Patrzy na ciebie Hultajko.
— Kurwa mać, jeszcze tego brakowało, on nie jest związany.— Kołysze się dziko.
— I tak jakoś podchodzi rakiem.
— Cicho udawajmy, że nas nie ma. Zamknij oczy.
— Czujesz ten oddech?
— Tak, zaraz stracę przytomność.
— Ała, co się dzieje?!
— Nic nie widzę.
— To otwórz oczy.
— Nadal nic. Ałłł. —Jebs!
— Gdzie my jesteśmy?
*
— Możecie wyjść, tu jest pralnia zanim załadują was do kotła z gotującą pościelą.
— Żelklo, co ty odpierdzielasz? Z oddziału nas wywaliłeś.
— Jom takim sam wariot jak wy.
— Nareszcie, bo zdążyłam zdrętwieć na amen.
— Słoneczko, a ty gdzie?
— Jak najdalej od ciebie.
— Przecież my to jedno.
— Jakie jedno, to moja głowa.
— Nie twoja.
— Nie piernicz, spójrz w lustro.
— Widzę, jestem Franek, nawet przystojny.
— Przesuń się, chory wariacie.
— Hultajko, zawsze taka sama. Ooo!
— Będę pożyczał twoje sukienki.
— Weź, pomyślą, że jesteś tranwestytą, a poza tym żadna na ciebie nie będzie pasować.
— A co, mam chodzić nago, albo w samej bieliźnie? Nic więcej nie masz w tej burdelowni.
— Skoro jesteśmy przy tym temacie, żebym cię czasami w podobnym przybytku nie nakryła.
— Ciało jedno, a co z nim zrobię, kiedy zaśniesz to już moja sprawa.
*
— Za kwadrans będzie zmiana dyżurów. Otworzą drzwi na zewnątrz i...
— I co?
— I...
— Co z nim jest?
— Zaciął się.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Ja robot

Dusza ogrodu