Poddasze - miniatura

 Tupanie nad głową doprowadzało go do szału. Wiszące od ucha do ucha sznureczki ze stoperami zrobionymi z kokonów morw, obijały się przy każdym gwałtownym odchyleniem głowy w górę.

— Cholerny sufit! — zgrzyt zębami przecierał skruszone już do połowy korony zębów.

Szurnął krzesłem, uderzył widelcem w czarną tarczę tłuszczowej podkładki i odchrząknął.

Korek pożółkły wyskoczył z usznej trąbki. Ciemne paluchy po oraniu strupów na głowie usadowiły go na miejscu.

— Dorwę te dzieciaki, małe stupko-pokraki, że matka nie może rozłożyć dywanów. Gromada desko tupaczy ponownie przebiegła mu nad głową.

— Przyjacielu, nie skupiaj na nich uwagi, to przestaniesz ich słyszeć. — Świeżo ogolony krępej budowy brat bliźniak pocieszał strapionego pisarza.

— Siedzę tu już tak długo, nie mogąc nic napisać, że każdy szmer jest wystrzałem z pistoletu w moją obolałą głowę.

Trzaski ubijanego mięsa zza ściany w niedzielny poranek zmusiły go do obwiązywania głowy poduszkami z ubitego kaczego pierza.

W dłoni drgało pióro, ściekające krople do kałamarza tworzyło mini okręgi, hipnoza brata działała poło-wicznie, jedno zaropiałe oko zahaczyło się o brzeg szklanego naczynia niczym pogięta zakrętka.

Drugie spoglądało w górę.

Na poddaszu nie mieszkał nikt oprócz kun i stada gołębi.

Sąsiadka zabiła tłuczkiem męża. Trans zadziałał, wibracje przenikały przez ścianę, a on został z pustą stroną. Po bracie został kleks z linii papilarnych na nagłówku gazety z afirmacją twórczą.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Ja robot

Dusza ogrodu