Tęskonota za deformizmem - Płonąca żyrafa i śniadanie na trawie
Poświstywania drapowanych części sukni, musnęły aparat słuchu White'a. Rozproszony zapach uwodzenia, pod zaschniętą warstwą emanował uwodzicielsko. Pokusa z domu nieprzyzwoitości na oczach aniołków. Stanął zdumiony, kiedy kobieta wymachiwała nogami, huśtając się na siedzisku zawieszonym pod drzewem. Trujący bluszcz oplatał konar drzewa. Przetarł zmęczone oczy białą chusteczką.
Przeglądanie albumu ze sztuką przy lampie naftowej powodowała halucynacje. Nie wykluczał też działania najnowszych syntetycznych farb, nad którymi pracował jego asystent. Skutki uboczne nie były jeszcze do końca znane. Szczury po zostawieniu na białej powierzchni śladów łap, traciły trop.
Gubiły wąsy, a po kilku dniach zmieniały się w płaskorzeźby. White miał pierwsze symptomy na skórze, tam, gdzie chlapnęła farba z pędzla podczas tworzenia, naskórek przepoczwarzał się w drgającą masę. Zasypywał je pudrem cielistego koloru.
Dotknął przypadkiem dziewczynkę stojącą w tyle obrazu przesuwając dłoń po druku. Zdumiona zamarła w tym wyrazie.
- Malarzu, popraw jej stan - szeptał mu głos w głowie.
- Nie mogę ingerować w dzieło Jean-Honoré Fragonarda-odpowiedział w przestrzeń umysłu.
Złudzenie prysnęło jak czar, nikogo tam nie było.
- Zobacz, na drugiej stronie, Wenus jest symbolem piękna, a taka krzywa. - Płomień w lampie zamigotał, a obraz zadrgał gwałtownie.
-White? - Odwróciła się bokiem do niego, fale opryskały go świeżą farbą. Przetarł czoło, rozmazując dłońmi policzki. Na wargach resztki odcieni zarysowały zaskoczenie.
- Wenus, twoja szyja, nie ruszaj się, nie masz metalowych kręgów, złamie ci się kark.
- White? Moje ramiona, są zdeformowane w sztuce krzywizny. Boli, boli mnie, a oni się zachwycają.
Objął ją, usztywniając swoim ciałem. Oparła głowę o jego skroń, przyglądając się jego oczom. Biel gałek była oślepiająca. Zmrużyła oczy.
Pomarańczowy gaj, poszłabym tam z tobą, gdyby nie ta muszla.
- Zefiry! - Zepchną mnie z niej. Zachwiali się niepewnie, kołysząc miarowo.
Krzesło bujało się na dwóch nogach do tyłu. Trzymał się blatu biurka, jakby miał za chwilę przepaść w otchłani morskiej toni.
Lampa zgasła.
Komentarze
Prześlij komentarz