Grzebień cz.1
W drewnianym pudle zaduch był
nieznośny. Poruszała się ociężale jak mucha w sosie.
Miała zbyt mało sił, na gwałtowny
przewrót i szybki wyskok. Dębowe wieko wymagało zbyt wiele na stan
w jakim się obecnie znajdowała.
Czas ją ponaglał, z każdym wydechem
dwutlenek węgla opanowywał tą komorę bez szczelin. Pomijając
otwory wydrążone przez korniki.
Leżała tam wystarczająco długo,
żeby się rozłożyć i zarosnąć, nie tylko naskórkiem.
Siłą myśli uchyliła wieko, wiązki
światła wpadły i rzuciły się na nią, łaskocząc po twarzy.
Wrzasnęła na widok swoich długich
paznokci. Przecież nie prosiła od tipsy.
Jasna cholera! Zaskrzeczała.
Nawet po śmierci mszą jej to robić.
Ona taka naturalna. Przynajmniej w innych częściach ciała, odrosło
to co było nigdy nie dotykane przez oszczę żadnej brzytwy. Sino
blado koperkowe dłonie, przeczesywały podczas stanu letargu jej
długie porośnięte łupieżem włosy, było to wyraźnie widać pod
paznokciami.
Ile to już lat? Odetchnęła z ulgą,
łapiąc w płuca pierwszy oddech. Poczuła się jak nowo narodzona.
Wstała i skierowała się w kierunku
wyjścia z krypty. Graniczyła z jej dawną sypialnią.
Suknia luźno wisiała na jej kościstym
ciele, a piersi wisiały jak para skarpetek. Spieszyła się do
swojej toaletki i ukochanego grzebienia. Tęskniła zanim
najbardziej.
Komentarze
Prześlij komentarz