List
W drzwiach, gadająca skrzynka uchyliła swoją paszczę.
- Tfu, tfu, tfu... Papierowa koperta była wyjątkowo zimna.
- O! Cho, cho, co? - jednym ciągiem, wydusiła przez metalowe ostre jak brzytwa zęby - Pogryzałabym ją na strzępy, ale to specjalna przesyłka.
Napis z tabliczką ''Nie wrzucać reklam'' obwiesił się od jej podrygów, podskoków i przemycania, w głąb mieszkania priorytetowych informacji.
- Od kogo to? - wydzierała się dwustronnie, kłapiąc blaszaną przysłoną. W miejscu nadawcy, widniała, drobna, jasna gwiazdka.
- Ciszej, słychać cię na całej klatce schodowej. - uspakajała ją łagodnym głosem.
Przez papier, przenikliwe lodowe igły wbijały swoje drobne końcówki w opuszki palców. Odłożyła ją na parapet, pocierając dłonie o siebie. Tym razem lekko rozszczelniona koperta, otworzyła się gwałtownie sama. Lawina śnieżnego puchu wysypywała się z białej półki lodowej na drewnianą podłogę. Ściany pokryły grube warstwy szronu, choinka z lasu, drgała miarowo swoimi kolorowymi światełkami, a muffinkowe bombki, błyszczały ozdobione mieniącym na nich brokatem. Wirujące pod sufitem płatki śniegu opadały skrzypiąc, szepcząc jej do ucha - ''Ulep bałwana''.
Podążała skacząc po zaspach wychodząc przed dom odpychając górę śniegu z progu, w głąb otaczającej ją bezkresnej jasnej przestrzeni. Zapakowany w lniany worek tobołek, dzwonił donośnie z każdym susem.
Tonęła w odbijających się promieniach zaspanego dnia, w ciepłej czapce i rękawiczkach, obserwowała srebrzyste, posklejane drobinki z trzech kul. Na tle zmrożonej krainy jego czarne matowe z węgli oczy, poruszyły się wodząc za nią wzrokiem. W metolowym miedzianym garnku, miała jeszcze kilka drobiazgów, dzięki którym jego twarz nabrałaby mocniejszego wyrazu.
Trzymał w jednej ręce list, a drugą rozgałęzioną końcówką świerku, wskazywał ptaki z ośnieżonych do połowy konarów drzew.
Kamyki z polskiego strumienia podskoczyły na dnie naczynia. Odbite od wspomnienia gorącego podłoża, przemówiły układając się w kształt ust.
- Oddaj mu dar mowy, ożyw go i tchnij w niego odrobinę ludzkich uczuć. Zwiędła natka wystawała z dorodnej marchwi, była kuszącym kąskiem, dla białego głodnego nowego smaku, wyszczerzonego uśmiechu na dnie garnka.
Podeszła do niego przyczepiając mu po kolei w łukowym rzędzie, to co było jemu przeznaczone. Zanim zdążył wypowiedzieć pierwsze słowa. Wbiła mu marchewkę w miejsce nosa. Z mocnym porywem powietrza wciągnął kilka śnieżynek, ciepły od środka chlipał pociągając nosem zamarzające na koniuszku krople.
Zazgrzytał pochylając się nisko. Resztki naci wystawały z szerokiego uśmiechu. Garnek na jego głowie opadł mu na oczy. Poprawiła mu go, okręcają swój szal na jego grubej szyi.
- Trzymaj się... - pociągnęła go za sobą za jeden koniec wzorzystego materiału.
- Łaaa, eee, nie... - Moja kula, ałć, kretowisko, nie! Tylko nie to!
Sanki z metalowymi płozami sunęły w dół, podskakując i wybijając siedzących na nich pasażerów w górę.
- Tfu, tfu, tfu... Papierowa koperta była wyjątkowo zimna.
- O! Cho, cho, co? - jednym ciągiem, wydusiła przez metalowe ostre jak brzytwa zęby - Pogryzałabym ją na strzępy, ale to specjalna przesyłka.
Napis z tabliczką ''Nie wrzucać reklam'' obwiesił się od jej podrygów, podskoków i przemycania, w głąb mieszkania priorytetowych informacji.
- Od kogo to? - wydzierała się dwustronnie, kłapiąc blaszaną przysłoną. W miejscu nadawcy, widniała, drobna, jasna gwiazdka.
- Ciszej, słychać cię na całej klatce schodowej. - uspakajała ją łagodnym głosem.
Przez papier, przenikliwe lodowe igły wbijały swoje drobne końcówki w opuszki palców. Odłożyła ją na parapet, pocierając dłonie o siebie. Tym razem lekko rozszczelniona koperta, otworzyła się gwałtownie sama. Lawina śnieżnego puchu wysypywała się z białej półki lodowej na drewnianą podłogę. Ściany pokryły grube warstwy szronu, choinka z lasu, drgała miarowo swoimi kolorowymi światełkami, a muffinkowe bombki, błyszczały ozdobione mieniącym na nich brokatem. Wirujące pod sufitem płatki śniegu opadały skrzypiąc, szepcząc jej do ucha - ''Ulep bałwana''.
Podążała skacząc po zaspach wychodząc przed dom odpychając górę śniegu z progu, w głąb otaczającej ją bezkresnej jasnej przestrzeni. Zapakowany w lniany worek tobołek, dzwonił donośnie z każdym susem.
Tonęła w odbijających się promieniach zaspanego dnia, w ciepłej czapce i rękawiczkach, obserwowała srebrzyste, posklejane drobinki z trzech kul. Na tle zmrożonej krainy jego czarne matowe z węgli oczy, poruszyły się wodząc za nią wzrokiem. W metolowym miedzianym garnku, miała jeszcze kilka drobiazgów, dzięki którym jego twarz nabrałaby mocniejszego wyrazu.
Trzymał w jednej ręce list, a drugą rozgałęzioną końcówką świerku, wskazywał ptaki z ośnieżonych do połowy konarów drzew.
Kamyki z polskiego strumienia podskoczyły na dnie naczynia. Odbite od wspomnienia gorącego podłoża, przemówiły układając się w kształt ust.
- Oddaj mu dar mowy, ożyw go i tchnij w niego odrobinę ludzkich uczuć. Zwiędła natka wystawała z dorodnej marchwi, była kuszącym kąskiem, dla białego głodnego nowego smaku, wyszczerzonego uśmiechu na dnie garnka.
Podeszła do niego przyczepiając mu po kolei w łukowym rzędzie, to co było jemu przeznaczone. Zanim zdążył wypowiedzieć pierwsze słowa. Wbiła mu marchewkę w miejsce nosa. Z mocnym porywem powietrza wciągnął kilka śnieżynek, ciepły od środka chlipał pociągając nosem zamarzające na koniuszku krople.
Zazgrzytał pochylając się nisko. Resztki naci wystawały z szerokiego uśmiechu. Garnek na jego głowie opadł mu na oczy. Poprawiła mu go, okręcają swój szal na jego grubej szyi.
- Trzymaj się... - pociągnęła go za sobą za jeden koniec wzorzystego materiału.
- Łaaa, eee, nie... - Moja kula, ałć, kretowisko, nie! Tylko nie to!
Sanki z metalowymi płozami sunęły w dół, podskakując i wybijając siedzących na nich pasażerów w górę.
Komentarze
Prześlij komentarz