Z głodu
W stodole schowany w półmroku, leżał z wyciągniętymi łapami. Każdy ruch sprawiał coraz silniejsze rozsadzanie wnętrzności. Napęczniały bok, twardy jak kamień unosił sierść w górę. Białe pasma na wzniesieniu cierpienia, drgały konwulsyjnie. Z pyska wystawała garść słomy, zagryzał ją w cichym skowycie. Brązowe ucho oklapło złożone na pół. Zimna posadzka z piaskowca, nie dawała ukojenia. Śmierć podana na tacy, uwalniała powoli swoje substancje. Trwało to za długo, był małym psem. Głodnym, nikomu nieprzeszkadzającym kundlem.
Drugi zdychał podobnie, próbując ukoić żar wnętrzności w płytkim potoku. Położył się tam, zanurzony czekał na ostateczny cios. Za długo to trwało, był dużym psem. Wyszedł po niskich schodach. Zawył ostatni raz w nocy.
Odgłos pożegnania przeszył mury domu.
Stara lipa wydrążona przez korniki, zaglądała przez okna. Dziurawa czekała na zęby piły, ręka gospodarza przesunęła się po jej pniu kilkukrotnie. Kaflowy piec pochłonął kaloryczne drewno, nagrzewając gliniane wnętrze.
Próg domu został sam, z płytami, pod którymi usychały korzenie pachnącego kiedyś słodkawo drzewa.
Komentarze
Prześlij komentarz