Akordeon
Czysta koszula, wyprasowane spodnie i czarne, wyglancowanej do błysku buty. Dbał o siebie, nie rozrzucał skarpet po pokoju, wszystko leżało na swoim miejscu. Przeczesał ciemne włosy w obrotowym lusterku, na kuchennym parapecie. Ciemnozielony akordeon, wisiał spięty skórzanymi paskami na zatrzaski. Odegra teraz swoją rolę, na cotygodniowej libacji w wiejskiej chacie.
Przy stole ten sam skład, z wódki zakąsek i kieliszków. Musztarda w słoiku i kiszone ogórki. A on w jego rękach wygrywał akordy do akompaniamentu śpiewanej przez ojca piosenki. Zamulonym wzrokiem, patrzył gdzieś nieobecny. Procenty przenosiły go w inny rejony, gdzie nikt inny nie miał wstępu. Spokojny, wyjątkowo spokojny dopóki siedział.
O czym rozmawiali, co spowodowało, że nagle znaleźli się na poboczu w dość głębokim melioracyjnym rowie.
Było ciemno, trzymała rękojeść wózka, w którym leżało maleństwo, zatrzymała się zaciskając mocniej dłoń. Ulica była pusta. Do domu miała za daleko.
Muzyka grała w oddali, zahaczając o słupy latarni. Tam kryło się światło, które odwracało wzrok.
Kiedy okrakiem siedział na niej i ją dusił, charczała jak zarzynane zwierzę. On milczał, zawsze milczał. Kilka minut, wystarczyłoby, żeby osierocić dwójkę dzieci. Ale nie tym razem, pomoc przyszła w samą porę. Uratowała ją kobieta, spod jego bielących się palców.
Przy stole ten sam skład, z wódki zakąsek i kieliszków. Musztarda w słoiku i kiszone ogórki. A on w jego rękach wygrywał akordy do akompaniamentu śpiewanej przez ojca piosenki. Zamulonym wzrokiem, patrzył gdzieś nieobecny. Procenty przenosiły go w inny rejony, gdzie nikt inny nie miał wstępu. Spokojny, wyjątkowo spokojny dopóki siedział.
O czym rozmawiali, co spowodowało, że nagle znaleźli się na poboczu w dość głębokim melioracyjnym rowie.
Było ciemno, trzymała rękojeść wózka, w którym leżało maleństwo, zatrzymała się zaciskając mocniej dłoń. Ulica była pusta. Do domu miała za daleko.
Muzyka grała w oddali, zahaczając o słupy latarni. Tam kryło się światło, które odwracało wzrok.
Kiedy okrakiem siedział na niej i ją dusił, charczała jak zarzynane zwierzę. On milczał, zawsze milczał. Kilka minut, wystarczyłoby, żeby osierocić dwójkę dzieci. Ale nie tym razem, pomoc przyszła w samą porę. Uratowała ją kobieta, spod jego bielących się palców.
Komentarze
Prześlij komentarz