Z zakazanego ogrodu
Przez haczyk podniesiony, otworzyła furtkę. Po bieli toni podeszła do nich.
Czarne zwieszone głowy, zamknięte w uścisku dłoni krystalicznej poświaty. Poprószone pudrem, obsypane skruszonym lodem. Makówki w pionie zdobią śnieżnobiałe mini kapelusze. W koper wplotła nici z igłami, kołysze teraz na swoich sztywnych pustych kwiatostanach, odciski zimnej panny.
Welon z pajęczyny migocze skrycie, a za nim grządki wypukłe tworzą zaspy.
Malwa stopniami do nieba zasuszyła po płatkach łuski. Wybija się wysoko nieścięty w porę okrąg, żółtego kiedyś ziarna.
Pod jabłonią stolik z krzesłami, przykryte ich siedzenia zastygły w miejscu, majacząc o cieple i obrusie w kratkę.
Jeżyny liście nie opadły, wiszą wybijając zielone tony spod cienkiej warstwy lodowego oddechu.
Na środku rozczochrane krzewy, mają proste niczym druty poprzycinane nienaturalnie gałęzie, sterczą nastroszone porażone zimnym prądem.
Obraca się w miejscu wiruje, dokoła błękitu rozpływający się obraz. Upada i otwiera ramiona, pozostawia anioła ślad na śniegu. W puchu grzęzną stopy, zimne dłonie ogrzewa oddechem. Za chwile odejdzie, po zboczu kamienistej góry, dotykając popękanej kory świerku. Zahaczy sukienką o kolce dzikiej róży, krople purpurowe połącza się z bielą. Atłasową skórą palców, dotknie porcelanowego policzka. Doda sobie rumieńców, świeżym uniesieniem mglistego powietrza.
Czarne zwieszone głowy, zamknięte w uścisku dłoni krystalicznej poświaty. Poprószone pudrem, obsypane skruszonym lodem. Makówki w pionie zdobią śnieżnobiałe mini kapelusze. W koper wplotła nici z igłami, kołysze teraz na swoich sztywnych pustych kwiatostanach, odciski zimnej panny.
Welon z pajęczyny migocze skrycie, a za nim grządki wypukłe tworzą zaspy.
Malwa stopniami do nieba zasuszyła po płatkach łuski. Wybija się wysoko nieścięty w porę okrąg, żółtego kiedyś ziarna.
Pod jabłonią stolik z krzesłami, przykryte ich siedzenia zastygły w miejscu, majacząc o cieple i obrusie w kratkę.
Jeżyny liście nie opadły, wiszą wybijając zielone tony spod cienkiej warstwy lodowego oddechu.
Na środku rozczochrane krzewy, mają proste niczym druty poprzycinane nienaturalnie gałęzie, sterczą nastroszone porażone zimnym prądem.
Obraca się w miejscu wiruje, dokoła błękitu rozpływający się obraz. Upada i otwiera ramiona, pozostawia anioła ślad na śniegu. W puchu grzęzną stopy, zimne dłonie ogrzewa oddechem. Za chwile odejdzie, po zboczu kamienistej góry, dotykając popękanej kory świerku. Zahaczy sukienką o kolce dzikiej róży, krople purpurowe połącza się z bielą. Atłasową skórą palców, dotknie porcelanowego policzka. Doda sobie rumieńców, świeżym uniesieniem mglistego powietrza.
Komentarze
Prześlij komentarz