Pasikonik

Chmury wydłużone poukładane równolegle do siebie z równymi odstępami, rozsuneły się- były żebrami nieba. Niebo chwyciło głęboki oddech, dmuchnęło z całej siły w ziemie. Powstał ogromny podmuch powietrza, który przeczesał niewidzianym grzebieniem korony drzew. Z drugim oddechem przeleciało kilka promieni słonecznych. Ogrzały rozczochrane liście, poprawiły je trochę, wygładziły. Pasikonik, który siedział w trawie próbował, w tym samym momencie przelecieć trochę dalej. Zniosły go skrzydełka, nie tam gdzie był jego cel. Opadł na ziemię zaskoczony, chwilę mu zajęło zanim zorientował się gdzie jest. Przechodził tą ścieżką pomiędzy wysokimi trawami chłopiec, który interesował się bardzo owadami. Zauważył go siedzącego na samym środku, pasikonik z przerażeniem w oczach chciał odfrunąć jak najdalej. Bał się ludzi nie znał tego gatunku zbyt dobrze, niewiele miał z nimi kontaktu. Chciał wracać do miejsca, pełnego rożnych rodzajów ziół i traw. Wysoka trawa to było jego schronieniem. On mistrz kamuflażu pokazał się na tej odsłoniętej ziemi, w całej owadziej okazałości. Piękny! krzyknął chłopiec i pomimo wyrywania się zielonymi długami nogami z ręki trafił do bezbarwnego dużego pudełka z otworami na powietrze. Nie mógł się z niego wydostać, był zbyt duży. Widział tylko przyklejone palce dziecka do przezroczystego pudełka. Gdzie go zaniesie? ludzie chyba nie jedzą robaków, co z nim zrobi? gdzie jest przenoszony? Miarowe kroki i zmieniające się otoczenie sugerowały coś, ale co?  On nie miał naturalnych wrogów, przed nikim nie musiał się ukrywać, ani bronic. Po chwili już wiedział, duże pudełko z konstrukcjami z klocków lego i dużym poidełkiem z trawą będą jego nowym domem. Zanim chłopiec go wyciągnął i przełożył, pozwolił mu się zapoznać z jego dłonią. Pasikonik ostrożnie przechodził po palcach, ręce. Spokojnie w bezruchu obserwował jego twarz, dziecka w pomarańczowo niebieskich okularach. Nowy zielony przyjaciel wspiął się na jego ramię i po policzku wdrapał, na kolorowe oprawki. Chciał spojrzeć mu prosto w oczy, ale nie wiedział, że chłopiec nie widzi nic, bez tych bezbarwnych szkieł.
Popatrzył chwilę w jego kolorowa brązową źrenicę, z czarną kropką. Zdumiony jakie on ma duże oczy, poszedł dalej na jego włosy. Tam na czubku głowy, było idealne miejsce, gdzie widział wszystko i przypominało mu jego stary dom-trawę. Wylizał swoje stopy, które były całe pooblepiane włóknami od bluzki. Po kilku dniach zdążył spróbować, jak smakuje słodkie winogrono. Zjadał je w zabawny sposób przytrzymując sobie przednimi nogami połowę kulki i wygryzając kawałeczki pomagał sobie takimi śmiesznymi małymi mackami, które zwisały mu niczym wąsy przy żuwaczkach. Ziarnko słonecznika zjadał na śniadanie, chrupał je głośno, gdyby miał uszy to pewnie, by mu się trzęsły, tak mu smakowało. Spijał kropelki wody z ręki. Oswojony z nowym otoczeniem i chłopcem, usiadł na pudełku, które stało przy oknie i patrzały wymachując czułkami. Tam było zielono, tęsknił bardzo za tym otoczeniem. Tylko jak powiedzieć to chłopcu, który, tak bardzo się cieszył, z każdej chwili spędzonej z nim. Zielony przyjaciel spojrzał jaszcze raz w stronę okna. Wyciągną nogę w stronę wolnej przestrzeni za szybą,  chłopiec to zauważył, zrozumiał co on by chciał teraz robić. Wolność! tak to o wolność chodziło, nie był by mu w stanie dać wszystkiego, co dawała mu natura.Włożył go do pudełka, w którym go przyniósł. Wypuścił go na tej samej ścieżce, na której go znalazł. Pasikonik wskoczył mu ostatni raz na głowę, odleciał w wysokie źdźbła trawy. Słońce musnęło chłopcu policzki promieniami, ocierając mu łzy po zielony przyjacielu. A wiatr dotknął lekko jego włosy, głaszcząc w geście pocieszenia.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Ja robot

Dusza ogrodu