O poranku
Załamała się.
Ryczy! Nie, to krowa z kartonu z mleka, pomyłka.
Wyje donośnie, wiatr zawodzi nad jej losem.
Chmury do płaczu się zbierają, lamenty, troski, w spazmatycznym szloch zamieniają.
Ponury cień wygrzebał się spod sterty starych liści, zbladł i spłowiał, wlecze się w posępnym tempie.
Nadciąga z oddali posępna postać w piżamie. O nie idzie robić sobie śniadanie.
Wstała z ciepłej pościeli owiewana chłodem. Upiornie rozczochrana otwiera lodówkę.
Mały wybór jęczy pod nosem, jakieś jaja.
Może tym razem dżem, bo jak go otwiera to mówi ''dżem dobry''
skrzywiła się, a on dokręcił sobie wieczko.
- Niet to niet. Beknął.
Jest coś na czym zawiesiła oko.
Szynka ze zwierza, a niech tam będzie, od tego się nie umiera. Trochę podrasować chemią, dupowata tkanka.
Chleb przypomina płachtę ze szmaty, ale jedyny jadalny.
Odkręca kurek. Szum i rozbijający się strumień wody o brudne gary. Tworzy nastrój kuchenny, do robienia porannej kawy.
Zapowiedzi na prognozę pogody wydziera radiu z eteru. Niedosłyszy, niedosłyszy, głośnik do ucha przykłada. Mrożące krew w żyłach dźwięki, zgrzyta i śnieży.
Zwątpiła, bo przecież to już wiosna.
Komentarze
Prześlij komentarz