Obrzydlistwa w skrócie
Z kacem, o poranku obrzydlistwa nie ma końca.
W nosie pająki przewracają się, o swoje chude nogi. Chimery z sufitu spadają lawiną deszczu pod jego nogi.
Burzy się kuchenny blat, marszczy deska powieki. Czajnik gwiżdże na gazie, parą ze złości bucha.
Opary alkoholowe wyziewami, budzą udręczone szklanki i kieliszki. Kubek upadł uszkiem w dół. Słuchać już nie ma ochoty o pijackiej gadce, zębów przez cedzak i wykładów języka maczanego w gorzkiej herbacie.
Ohyda, ble, tytoniowy smród czuć w głosie.
- Gdzie byłeś! Ty mój mały głodzie.
Jogurtowy waniliowy przysmak, rzyga na jego widok.
Mdli go na samą myśl o konsumpcji.
Łyżka w ręce się trzęsie.
- Tylko nie usta, proszę cię litości. Z błagalnym lamentem trafiła do smrodliwej jamy.
Płatki wirują w mleku zamieszane w sytuację. Miska poczuła wąsa, śmieje się rozbawiona, rechocze.
Głupi pijak na głodzie.
Zaraz zwróci wszystko w muszli klozetowej. Poleciały z bulgotem na wzniosłej fontannie wymieszane śniadanie z wódki przekąskami.
Poczuli wszyscy ulgę, a klozet naciśnięty na spłuczkę, przepuścił dalej resztę.
Komentarze
Prześlij komentarz