Postać cz. 3, 2, 1

Boli, słup w plecach wykrzywiony nie może utrzymać w pionie latarni. Wygiął się w niewłaściwą stronę. Słaby układ z czerwonych włókien i miękkiej tkanki. Nie było sztormu, ani tsunami, które wtargnęło gwałtownie w nerki.

Podniosłam rękę zahaczając o zwisający kabel podłączony do komórki. Spadła mi z brzegu biurka na głowę. Ciasny pokój, meble z euro palety przylegające do siebie zwarcie, piętnowały klaustrofobię.
Guz powinien zejść równie szybko jak gaśnie ekran. Przyrosła mi do palców komórka.
 Tak, już jestem naciskam guzik, przesuwam po nim opuszkami. Zanim przetrę jeszcze oczy. Strona startowa, logowanie, użytkownik nr Nie, nie mam numeru, mam nazwę. Do tego plan i nie zawaham się go użyć.

Wyciągam z szuflady wszystko, co jest mi niezbędne. Budowa postaci, mój cel do zrealizowania. 

-Trzy, dwa, jeden, start! Przygoda rozpoczęta.

Kartki w kratkę, zaostrzone pióro, czcionka pisma Caps Lock, odręcznego się nie doczytam. Wygodny fotel obrotowy, porządek na biurku i wkraczam do dzieła.

Mam plastelinę ulepię z niej pierwszego stwora. Dawno nie miałam okazji się pobawić.
Najpierw wymieszam ciepłymi dłońmi wszystkie kolory. Zrobi się jednolita szara masa. Może to będzie słoń taki jak kiedyś, nie za duże uszy i trąba. On czy ona? Chyba on, bo ona musiałaby być ładniejsza.
Mam już brzuch z jednego wałeczka, i głowę lekko wydłużoną. Pociągłą twarz z brodą. Wysoki koniecznie, żadnych krępych krasnoludów. Albo troll z wielkim nosem i ogromnymi stopami. Dam mu trochę mchu na ramiona. Ubiorę go w resztki, starego, pociętego skórzanego portfela. Pozszywam małe wdzianko. Szelki doszyję z gumy od gaci do spodni. Przynajmniej nie będzie problemu z butami. Lalka Barbie ma same szpilki.


 Postać poruszyła mięsistymi ustami:
        - Psyt! Nie bawisz się już lalkami.
        - Sprytny i spostrzegawczy. Dobre dzieło tworzy się latami. Roześmiałam się doklejając mu duży nochal.
Uszy już miał też dosyć spore, wydłubane z głowy.

       - Włosy! Chcę mieć włosy! - upominał się przebierając nogami.

        - Poczekaj, zaraz gdzie się tak spieszysz. I tak będziesz lekko łysiejący.  Ech i tu wystąpił problem. Stworem płci  męskiej bez przyrodzenia. Nie zamierzam doklejać dzwoneczków i laseczki, z którą będzie biegał w poszukiwaniu drugiej połowicy.

Skrzywił się niemiłosiernie, łzy napłynęły mu do oczu. Rozdarł się jak kartka w gwałtownym przypływie gniewu,podczas jednego z mich humorów, kiedy drę ją na strzępy.

Cicho! Zakryłam mu palcem usta. Spokojnie jeszcze trochę, różowej plasteliny zostało przyklejonej do blatu. Odskrobię ją nożem i zrobię ci najlepszą męskość jaką widziałam. Wytrzeszczyłam do niego zęby. W ironicznym uśmieszku.
Spojrzał na mnie niepewnie, mrugając wyłupiastymi oczkami i westchnął.

     - Tylko żeby mi się zmieścił pomiędzy nogami, bo mam je dosyć masywne i kołkowate.

Oczywiście o wszystko zadbam. Dostosuję się do twoich gabarytów, odpowiednio dopasuję.
Znowu uśmieszek z mojej strony, był nie do powstrzymania.
Przez chwilę w milczeniu kleiła się w palcach, sprawa życia i śmierci.
Spodnie w dół i już było wszystko na swoim miejscu.
Jesteś teraz gotowy w pełnej okazałości.
Stał dumnie wyprostowany. W swoim nowym wcieleniu i schludnym ubraniu, wyglądał doskonale. Niczego już mu nie brakowało.
Zapomniałam cie nazwać. Przez dziesięć lat ani razu nie zwróciłam się do męża po imieniu, nawet się nie zorientował, że trzeba się nazywać, pomyślałam.

Zaraz, zaraz w kalendarzu mają podpowiedzi. Na ścianie z wątłym gwoździkiem wisi taki z datami. Dobrze, że jest bo ja dni nie rozróżniam. Godziny mi przelatują sekundami, a co dopiero było wczoraj. Może przedwczoraj pogubiłam się w tych rachunkach.

Wybrałam dla ciebie imię, Tyko nie myl z tylko. W tym obcojęzycznym zestawieniu, to pasowało do ciebie najbardziej. Zaniemówiłeś, a tak poczekaj. Będzie szczypać, widelcem otworzę ci zaschnięte usta. Już... proszę, gotowe.

Klatka piersiowa wyprężyła się do przodu, wypuścił powietrze. Ulga.

Tyko nie miał charakteru, był pusty w środku. Nalałam mu na czubek głowy kilka kropli oleju. Plastelina delikatnie się rozmyła. Cechy, które zacznie przejawiać miały wyjść w praniu.
Zawirowały mu pod włosami, rzadkimi, długami pasmami, jasnych strączków. Zachwiał się, zakołysał. Podskoczył wysoko opadając na blat, nagimi owłosionymi stopami. Paznokcie miał ciemniejsze niż szara powłoka reszty ciała. Zdążył już wdepnąć, w świeżo rozlaną plamę po kawie.

  - Brudasku, w lesie będziesz mieć czarne nóżki, bo ja nie zamierzam nosić cię w kieszeni. Włożył rękę do tylnej swoje kieszonki. Miał w niej już drobiazgi, które zwinął przy okazji z budowy ludzików z klocków lego, kiedy miały przerwę od pracy i jadły śniadanie w kontenerze. Wykorzystał  moją nieobecność, a wyszłam z pokoju tylko na chwilę.

Toporek i kilof, oraz inne narzędzia przytargał na plecach głośno dysząc ze zmęczenia. Wdrapywanie na biurko przy jego wzroście, nie jest łatwe.

Odstająca tylna część spodni obwiesiła się nisko.

Stary jesteś Tyko, a wyglądasz przez te wypchane kieszenie, jakbyś nosił tetrową pieluchę. Świtało przechodzące przez szklankę z malinowym sokiem nadało mu rumieńców.  
- Gdzieś w szafce mam trochę pudru, poczekaj.
Wielka kudłata packa wylądowała na jego twarzy. Chmura pyłu przysłoniła go na moment. Opadając pokryła go warstwą cielistej posypki. Przetarł nos, potrząsnął głową na widok suszarki. Dmuchnęłam w niego gorącym powietrzem. Warkot silnika zagłuszył jego słowa. Piąte przez dziesiąte słyszałam jak woła o pomoc. Kilka włosów odpadło, ale nowy tupecik już leżał przygotowany. Jednym przyciśnięciem palca miał znowu bujną fryzurę, ze starego szczeciniastego płaskiego pędzla
Zwichrowany trochę, ale jemu to pasowało. Dorobił się przy tym upiększającym zabiegu zmarszczek. Opadły mu powieki, ciepło ze spirali było zbyt mocne.

Postać z obrazu ''Krzyk'' - nie on był bardziej rozciągnięty.

 - Uff , mój drogi cudaku zapomniałam o serduszku.
Gdzieś tu było z atlasu anatomicznego zwierząt, wycięłam serce myszy. Przypięłam jej na szpice do koszuli. Zdążył ją pognieść zanim ją założył. Nie było łatwo pozszywać tak małych rękawów.
Gotowy
Otworzyłam brudnopis szybkim zwinnym ruchem chwyciłam go pod pachy. Rzuciłam go na otwarte strony i zamknęłam przyciskając książkami. Teraz czekam, aż wejdzie w swoją rolę.

Kraciasta biała powłoka otulała go z każdej strony. Zawinięty w kokon, spadał w spowolnionym tempie. Wirował w przestrzeni, pomiędzy rozsypanymi literami. Zahaczały go tworząc sznur nieczytelnych zagadnień. Słyszał świst, huk, uderzenie aż poczuł na własnej skórze łamiące się pod nim suche gałązki. Przypieczętował upadek, szelestem suchych liści.

 - Auć! Wydusił, leżąc płasko na placach.
Zawiniątko, w którym był przed chwilą, zostało porwane przez podmuch silnego wiatru.

Oszołomiony, nie wiedział jak i kiedy znalazł się w tej krainie. Chciał ją zawołać, ale wiedziała, że ona jest po drugiej stronie.

Tyko, Tyko. Powtarzał do siebie, tak jak by chciał poczuć jej obecność. Ściskał w ręce kawałek papieru, gdzieś po drodze wyrwany strzęp jego poprzedniego życia. Zapach domu, dodawał mu otuchy.
Dźwignął się na rękach, usiadł rozglądając po okolicy. Wśród potężnych konarów drzew, ptaki krótkimi dźwiękami prowadziły codzienne dyskusje. Konik polny, przeskoczył nad jego głową, zajęty poszukiwaniem wysokich źdźbeł trawy.

 - Skrzypce, muszę je nastroić przed wieczorem. Nucił pod nosem rzucając kilka słów w jego stronę. Chop i już go nie było, zniknął w gęstych zaroślach.

Poczuł dziwny ucisk w brzuchu, burczenie, narastające ssanie. Wszystko to było mu obce, ale wiedział instynktownie, że musi coś zjeść. Mały, okrągły bębenek domagał się wyrazie czegoś na ruszt.

Spod niewielkiej górki usypanych liści, wysunęła się na oślep szukając wejścia z powrotem do ziemi. Zauważył ją, zerwał się na równe nogi i podbiegł do niej. Śliską, wilgotną trzymał w zębach.
Nie było łatwo wyciągnąć smacznego kąska z norki. Upadł razem ze swoją zdobyczą na ziemię. Wiła się swoimi pierścieniami oplatając jego szyję. Znikała w jego trzewiach, ze zgrzytem ziemistych wnętrzności.

Pyszne, pyszne - zaraz za ostatnim gryzem, oblizywał ostre pazurki.

Otaczające go potężne głazy, zasłaniały mu widok, po drugiej stronie. Wstał i powoli szedł wąską ścieżką w dół wysokiego urwiska.  Ostrożnie, stawiał stopy, w każdej chwili mógł spać w dół.

Westchnął ciężko, na środku drogi leżała puszka po gazowanym napoju. Zajrzał do środka, wewnątrz siedziały dwa ślimaki. Sepleniły niewyraźnie, coś o pysznej piance.

 - Choć do nas! - mamrotały potrącając się nawzajem, ślizgając się co jakiś czas po ściankach metalowego okrągłego wnętrza.
 - Czekaj, ciekaj - jeden przypomniał sobie, że już jest jasno na zewnątrz.
Stary druhu, musimy iść pod liście, bo nam nogi przysmaży nasze nagrzewające się schronienie.
- Ach tak, takk- zachwiał się drugi i odpadł z impetem na samo dno. Rozchlapując resztki dookoła.

Tyko zmrużył oczy, podrapał się po brodzie, pokręcił głową i bez słowa poszedł dalej.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Ja robot

Dusza ogrodu