Postać cz.4

  Drzewa, szczególnie te małe siewki potrafią być złośliwe. Dokuczają sobie na wzajem, szturchają, rzucają w siebie grudkami ziemi. Wiekowe drzewce, spokojnie przyglądają się walce potomstwa, na niższych partiach poszycia.


Tyko nadepnął na wystający korzeń, który uniósł się gwałtownie w górę. Wił się wystrzeliwując w górę. Objął go ramionami, wymachując nogami w powietrzu.

       - Na pomoc! - krzyczał tak głośno, jak tyko potrafił.

Z potężnego pnia wąskimi szczelinami w korze przemówił, zachrypłym, suchym głosem. Dębowy król zaszeleścił liściastą koroną, zgrabiałymi  palcami szturchną Tyko w plecy.

       - Mały włóczęgo, jak chodzisz - nadepnąłeś mi na odcisk - potrząsnął nim w powietrzu. Tyko zamknął oczy i piskliwym głosem wymamrotał.

    - Nie chciałem, nie wiedziałem, że to twoja noga.

Drzewo otworzyło szeroko oczy - zgubiłeś się, tędy daleko nie zajdziesz.

     - Tak, nie wiem gdzie jestem - postaw mnie na ziemi.

Opuścił go na wydeptaną dróżkę.
 - Idź już, w którą stronę nie pójdziesz napotkasz na różne...
Nie dokończył zadania, zasnął głośno chrapiąc.

Wpatrzony w olbrzymiego starca, zauważył, że nie jest sam. Pomiędzy jego grubymi powykręcanymi konarami buszowała ruda kita. Zerkała na niego, rzucając co jakiś czas resztki jedzenia w jego stronę.

Tyko zmarszczył brwi. Słyszał zbliżające się za nim kroki.
Poczuł na ramieniu czyjś dotyk. Wystające przed nim długie białe struny i zimny oddech na szyi przyprawił go o zimny dreszcz. Nie był wywołany silnym porywem zbliżającego się chłodu wieczora. Odwrócił się powoli. Stał przed nim pochylony z wystającymi zębami zając. Na głowie miał plastykowy worek, zawiązany pod brodą. Uszy zwisały oblepione resztkami jedzenia. Pachniały zepsutą zupą, pasującą do ubarwienia futra . Krupnik musiał mieć kilka dni, zanim oblepił jego głowę. Długimi rzęsami zatrzepotał wywracając oczami kilka razy kwiknął.

        - Ej, ej, ej, ty też idziesz na polanę do sypiącej się chaty.

Beknął, a wyrwany z trzewi poryw powietrza odurzył Tyko na tyle, że cofnął się o kilka kroków, zasłaniając twarz rękami. Zanim zdążył odpowiedzieć. Zając pognał w stronę wzniesienia. Znikając wykrzykiwał zanikające słowa w oddali.

Wyłaniające się coraz ciemniejsze cienie zza masywnych drzew, zapowiadały zbliżający się mrok. Promienie blado przebijały się pomiędzy koronami drzew, sunęły miękko po podłożu, śledząc kroki Tyko. Chciał odpocząć, usiadł pod ogromnym czerwonym parasolem. Zmęczony tułaczką ziewał coraz częściej, aż wyczerpany zupełnie z sił zasnął.

Następnego dnia gęsto połączone ze sobą chmury, wyciskane przez niewidzialne palce, upuszczały krople ścigając się w powietrzu pikowały w dół. Wiatr zagłuszał ich wrzaski, uderzając ostatni raz o nierówną powierzchnię. Rozpryskiwały się na boki. Płynęły dalej wąskimi stróżkami, po śliskich zielonkawych kamieniach. Mokre liście, którymi był okryty Tyko błyszczały w świetle poranka.
Bezbarwne kryształki zwisające z ronda rąbkowanego parasola wskazywały na ustającą kąpiel nieba.

Przeciągnął się, wyprostował, a nad nim był kapelusz pięknej pani w zwiewnej białej sukience, lekko się poruszył. Przetarł czoło wilgotne od porannego prysznica.
Muchomorowa dama wzdrygnęła się na jego widok.

- Już mam przygotowany napar dla ciebie, z nasionka od dębowego starca. Było już nadgryzione przez robaka. Zaraz, jak on się nazywał. Zapomniałam, jestem już w podeszłym grzybowy wieku. Wybacz mi, ale na pewno będzie ci smakować.
Wyciągnęła do niego smukłe dłonie podając mu w kapelusiku po żołędziu parujący napój. Na jego brzegu wisiał martwy kornik.
Tyko był spragniony wypił jednym duszkiem, przegryzając dodatek.

- Nie zam tu nikogo, dziękuję za okazaną mi dobroć.

Pogłaskała go po policzku.

- Jutro mnie już tutaj nie będzie, musisz szukać schronienia gdzieś indziej.
- Co się z tobą stanie - zapytał niepewnym głosem.
- Przyjdzie pod osłoną nocy zbieracz, nocny łowca. Została nas garstka, a on nie zna litości.
- Chodź ze mną.
- Mam tylko jedną nogę, daleko i tak nie dam rady iść. Kieruj się w stronę brzóz, ich kora jest jasna, będziesz je widział nawet po zmroku.

Tyko westchną ciężko. Żegnając się z nią, miał nadzieję jeszcze ją kiedyś zobaczy.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Ja robot

Dusza ogrodu