Lunapark

Za duże spodnie, pumpy, czerwone w kolorowe pasy, galoty. Przebierałam nogami zaplątując się o własne kolana. W pasie luzy, szelki z metalowymi żabkami, naciągnięte, wpijają mi się w ramiona, podtrzymując przy tym balast. Wypchane kieszenie, a wszystko w nich miałam, torebka nie była mi potrzebna. Normalnie kosz na pranie jest węższy w obwodzie.

 - Cholera! Te wielkie buciory. Kałuża okazał się zbyt głęboka. Po kostki utonęłam w bagnie.
 - Nie! - wrzasnęłam w wolną przestrzeń. - Ups!

Głowa jak u żółwia wcisnęła mi się w ramiona, z wrażenia na jego widok. Szyja krótka z głupkowatą apaszką w groszki, zatopiła się w jedwabnej tkaninie. Stał nade mną dyrektor naszego Wesołego, tfu! Diabelskiego miasteczka, sapiąc ze złości.
 - Gdzie byłaś! -wycedził przez zaciśnięte zęby. Gwałtowna fala dźwięku uderzyła mnie w klatkę piersiową. Aż Zawahałam się z odpowiedzią.
Światła kolorowych sznurów przy beczce śmiechu, zamigotały impulsywniej.
 - Byłam malować twarz z naszą Agnes. Świeży uśmiech błyszczał, na nie zaschniętej jeszcze farbie. Moje kąciki ust nawet nie drgnęły. Stężony grymas zastygł, pod bordową kolorystyką.

Siwiejący mężczyzna w okularach, zerkał spod nich na mnie, z niedowierzaniem.
- Gdzie masz balony?
Balony powtórzyłam w myślach
 - Balony są przy butli z helem. - zaraz tam wejdą dzieci, sklep z zabawami jest już otwarty.
Wyskoczyłam z kałuży w zwolnionym tempie, z dźwiękiem zasysanego powietrza spod podeszwy. Siorbnięcie rozeszło się po powierzchni czarnej mazi. Utykając pobiegłam do namiotu pełnego zabawek. Butle, którą miałam zabrać ze sobą, zniknęła bez śladu.

 - Co jeszcze, co! - Wyrzuciłam z siebie żałosnym jękiem, potrząsając ogromny afro z pstrokatych kosmyków, z kręconych sztucznych włosów.
Purpurowy gąbczasty ping pong zsunął mi się z nosa i spadł na posadzkę Gąbczasty gadżet utrudniał oddychanie. Pochyliłam się i wtedy zobaczyłam ją, w białej koszuli nocnej.
 - Niezła halka - wyszeptałam.
Miała taki spokojny wyraz twarzy. Nie chciałam jej przestraszyć.
 - Ale w ten chłodny jesienny wieczór, mogłabyś coś na siebie założyć.

Pojawiała się zawsze o tej samej porze, w różnych miejscach. Taką miała rolę, w tej pracy nikt nie wyglądał normalnie. Wszyscy naszpikowani byli szaleństwem.
Krzyki ludzi zjeżdżających z wieży, zagłuszały momentami dudniące z głośników basy. Z uszu wystawały jej zatyczki, przynajmniej miała spokój, długo trwający dźwięk potrafi zmęczyć. Po kilku godzinach nie słyszy się już własnych myśli.

Wrażliwa, miła, młoda osóbka.

Poruszyła się obracając głowę w bok. Spojrzałam w tym samym kierunku co ona. Moje balony były nadmuchane. Unosiły się pod sufitem, sznurki zwisały na wyciągniecie ręki.
 - Uratowałaś mi skórę - wyszeptałam. Zebrałam je wszystkie w jeden supeł, ciągnąc za sobą.

Wybiegając na chodnik z  frontowego wyjścia, zderzyłam się z nią. Odskoczyłam gwałtownie w bok. Uniosła wysoko ręce trzymając w nich kuchenny nóż. Rzuciła się na mnie, trzask mnie ogłuszył, w plątaninie jej włosów nic nie widziałam. Przeszył mnie dreszcze, ale nie czułam bólu. Uderzenie gorąca rozpływało się gwałtownie.

Jej przeraźliwy ryk, dudnił mi w uszach.

- Nienawidzę balonów - przebijała je z wściekłością , jeden po drugim.
Poczułam szarpnięcie w pasie, ktoś mnie od niej odciągnął chwytając za luźne spodnie.
Z zebranego tłumu ludzi młody mężczyzna trzymał ją w objęciach.

- Uspokój się, już dobrze, lunatykowałaś - powtarzał do roztrzęsionej dziewczyny.
Upuściła bezwładnie metalowe ostrze na ziemię, nie wiedząc gdzie jest i co się stało.-

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Ja robot

Dusza ogrodu