Postać cz. 5

   Wdrapał się na porośnięty mchem głaz, miękka powierzchnia zapadała się pod jego niewielkim ciężarem. Z tego miejsca widział całą okolicę. Szałas z gałęzi sosny podparty był, grubymi, krzywymi palami. Wejście nie było niczym osłonięte. Kuszący zakątek, suchy kawałek podłoża. Na rozciągniętym sznurku wzdłuż połamanych pni, wisiały sporych rozmiarów ubrania.

   - Ludzie, tam są!
   -  Ludzie! - Echo odbiło jego radosny głos, od pobliskich skalnych ścian.
   - Hop, hop! - Zwinnie zeskoczył, pochylił się podnosząc kształtny kamień.

 W podskokach dotarł na miejsce. Ostrożnie stąpając podszedł do siedziby, w której wnętrzu zastał, potłuczone naczynia, z resztkami zaschniętego jedzenia, które leżały dookoła kamiennego kręgu. Skórzane legowisko rozciągnięte przy palenisku, było mocno nadpalone. Skorupki od jajek i pióra upchane po zakamarkach wnętrza przypominały ogromne gniazdo. Rozglądał się niepewnie. Ława zamiast stołu, brudna była od sadzy. Kołtuny śmierdzącej sierści, wgryzały się siarczystym zapachem w nozdrza Tyko. Zatykał sobie dwoma pacami dziurki w nosie. Skrzywił się na samą myśl, o tym kto mógł tam wcześniej przebywać. Wybiegł z szałasu, ciężko dysząc.

 Niewielkie kałuże, wypełnione były po brzegi żółtymi liśćmi. Graniczyły z głębokimi bruzdami ziemi, z mocnymi wgłębieniami zakończonymi ostrymi pazurami. Przechodzący tędy osobnik, musiał być znacznych rozmiarów. Tyko stał w jednym z odcisków wielkiej stopy.

 Z gęstego krzaka wychylił się młody jelonek. Szyję miał obwiązaną grubym sznurem. Wbijała się w skórę, tworząc rany. Kawałki drutu rozciągały się wzdłuż jego boku. Był słaby, ledwo stał na chudych nogach, podrapanych od walki z zasiekami. Wysunął drętwiejący język od bólu.

 Z trudem podniósł kopyto.

   Wystraszony tym widokiem Tyko, trząsł się stojąc jak wryty w miejscu.

 Poruszał drgającymi ustami, ale nie mógł wydusić z siebie ani słowa. Pokiwał przytakując i zaczął biec ile sił po tropach stwora.

 Brakowało mu tchu, co jakiś czas upadał na zimne runo leśne, podskakiwał przy tym odbity od miękkiej warstwy. Podnosił się ociężale, unosząc na rękach. Rozglądając nieufnie po okolicy. Pohukiwanie sowy przelatującej w pobliżu wywoływało, coraz gwałtowniejsze uderzenia mysiego serca. Kulił się i przykucał, brudne ubranie od błota utrudniało mu wędrówkę.

 Jasne zarysy wyłaniały się z ciemnej gęstwiny. Za nimi unosiła się na tle otwartej przestrzeni łuna światła.
Na środku polany w znacznej odległości, od stojącej na urwisku chaty. Siedział przy ognisku, mocnej postury pochylony stwór, z wyraźnie wygiętym grzbietem. Języki ognia zlizywały sadzę z jego kościstych grabi. Dym unosił się zaciekle, wyrywając z trzewi dębowych pieńków świeże soki. Trzask i rozrzucone iskry żarzących odłamków, wtapiały się w jego skórę sycząc. Gasił je spojrzeniem, wciągając jasny dym, w klatkę ze stali. Żylaste kable pod wpływem przepływającego napięcia, unosiły się spod rubinowej tkanki. Pajęczymi splotami pokrywały jego zewnętrzną, grudowatą powierzchnię.

 Wirujące cienie kierowały na migi jego czarne źrenice, w głąb gęstego boru ginącego w czeluściach zapadającego mroku.
Kielichy z wywiniętych kapeluszy muchomorów, leżały w zasięgu jego łapy.
 Stwór popijał z nich wyciśnięty jad z porów ropuchy. Odurzony ich substancjami przymykał oczy. Nie zauważył Tyko, który chwiejnie szedł w stronę ciepłego paleniska.

  - Zimno, zimno - z parą ulatującą przez usta, zacierał dłonie. 
 Tyko potykając się co kilka małych kroków, pod osłoną ciemnego nieba, chciał jak najszybciej dotrzeć na polanę, do sypiącej się chaty. 

 Smukłe drzewa w białych szatach, szumiąc wymachiwały długimi, opadającymi w dół gałęziami. Falowały nucąc leśne pieśni. Jedna z nich chwyciła Tyko pod ramiona i kołysała nim czule, jak własnymi drobnym listowiem. Przez chwilę, poczuł ulgę, ciepło rozeszło się po jego małym ciele. Z kieszonki wyciągnął kawałek przemoczonego papieru. Zapach domu uleciał z niej już dawno. Łzy popłynęły mu po policzkach, słony strumyczek zatapiał się w ciemnym podłożu.
Brzozy wolnym truchtem przemieszczały się w stronę budynku. Co noc odwiedzały ruinę starego domostwa. Przez uchylone drzwi wsunęły Tyko do środka. Same stały z tyłu w równym rzędzie. Obrośnięty kłączami winogrona dom z boku, podpierał jego ściany.

 Kiedy ponownie otworzył oczy, był w środku. Nie wiedział, jak i kiedy tam się dostał. Zamknął oczy tylko na chwilę, czas przeleciał mu przez palce.

 W sypiącej się chacie panował chaos. Powywracane krzesła, stół do góry nogami powybijane szyby w małych okienkach. Duże drewniane łoże z porozrywanym siennikiem. Przy kaflowym piecu, rozrzucone gałęzie, wymieszane z popiołem. Przeciąg poruszał szarymi od kurzu firankami. Podłoga ze starymi kawałkami poszarpanego lnianego obrusu, pokryta była warstwą pyłu.

 Zaschnięte ślady posoki, naznaczone były niczym chlapnięcia kropidłem z gałęzi miotły. Stwór zamaszystym ruchem ogona potrącił Tyko. Uderzony upadł na plecy. Znieruchomiał wbijając siniejące palce w porowatą podłogę. Nie widział go, ale jego jęk przykuł uwagę stwora. Węszył długim pyskiem, kiwając głową. Cienkie wiązki światła srebrnego talerza, przechodzące przez spiczaste końce szyby, rzucały trójkątne wzory na drobną postać.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Ja robot

Dusza ogrodu