Eksperyment

Opuszczony instytut doświadczalny. 

Z porozrywanych kawałków papieru, cząstki pyłu unosiły się ponad jego głową. Do nozdrzy wpadały z porywem zachłannie wciąganego powietrza. W sekundę osadzały się na ściankach płuc. Wrastały w tkankę zaklejając ją szczelnie. Zakrywał usta dłonią, zaciskając między sobą palce. Powykręcane nogi z widocznymi źle zrośniętymi kośćmi, spowalniały każdy ruch. Przesuwał się pośladkami po szorstkiej brudnej podłodze.

Poszarzałe strony, pogniecione w zmiętolone kule, leżały porozrzucane na stole z chirurgicznej stali. Wisząca lampa wpatrywała się w niego ogromnymi kręgami światła. Oślepiła go wkłuwając punktowo cienkimi wiązkami rozszczepionego błysku. Laserowe stróżki przenikały jego czaszkę. Oddech z szybkiego biegu, spowalniał, zamierał, żeby po dłuższej chwili szarpać całym korpusem. Odrywanie dłoni wiązało się z łamaniem ramienia. Trzask i stłamszony krzyk. Po raz kolejny bezwiednie opadała ręka, uchylając dostęp otwartym ustom do tlenu. Łzy wymieszane z potem, spływały po policzkach do końcówek ust. Słona ciecz, zwilżała zdrętwiały język. Kubki smakowe szalały porażone piekącą wydzieliną. Czoło pomarszczone, pełne bruzd zakleszczało kosmyki długich włosów.
Reszta suchych skręconych strączków, w nieładzie opadała na ramiona.

 Zostawili go na pastwę losu. Karta był eksperymentem, toksycznych związków nasączonych celulozą. Wprowadzali je do krwiobiegu długimi szpikulcami, nakłuwając aortę i wstrzykując litry modyfikującej ciało bezbarwnej gęstej substancji. Każda komórka odżywiała się budując nową warstwę włókien.
Skorupa na całej jego powierzchni, pokryta drobnymi korzonkami poprzeplatana była korowaną warstwą.  Deszczówka spływająca z popękanego sufitu zapewniała mu wodę, którą wchłaniał całym sobą.

Zdziczały, zaplątany w sieć drzewnych przekazów pełny był ich bodźców. Czuł silną więź z nagimi, uśpionymi konarami, rzucającymi swoje ciemne kształty do wnętrza.
Wyciągał rękę dotykając nieuchwytnej poświaty.

Rwący impuls z przemieszczającymi się odłamkami kości, był nie do zniesienia. Wbijał wiotkie zęby w kolano, odgryzając fragmenty odstających świeżych części rośliny. Spluwał nimi na wiszącą bezwładnie gałąź.
 Gdyby mógł odciąłby ją piłą. Kiedy był jeszcze stolarzem. Wióry z heblowanego drewna zwijały się w ruloniki, małe pukle, rożki. Spadały zwiewnie na stos. Z pod zębatych ostrzy metalowego narzędzia, leciały drobne wióry. Sękate deski wyginały się i naprężały pod naciskiem narzędzi.

Wilgotne drewno eterycznie rozprzestrzeniało się pomiędzy regałami. W niewielkim pomieszczeniu, dłuta błyszczały ostrymi końcami.

Alarm wył od godziny. Czerwone świtało koguta wiszącego nad drzwiami ewakuacyjnymi rozbijało się o białe ściany. Świdrująca fala dźwięku wdzierała się do jego zarastających uszu. Przypięty pasami, kręcił niespokojnie głową. Rękaw białego fartucha przynosił mu na chwilę oczy.

-  Musimy uciekać, skażenie jest coraz większe. Kobiecy głos dolatywał z drugiego końca sali.

 - Odłączam cię, byłeś najlepszym pacjentem na tym oddziale.

Maszyna przestała wtłaczać w jego szyję płyn. Oderwana igła spadła na sterylną podłogę.
Kilka kropli popłynęło na nią tworząc sporą plamę jasnej krwi.

Słyszał ich oddalające się kroki. Gwałtowny wstrząs wywrócił łóżko, na którym leżał do góry nogami. Przygnieciony ciężarem metalowej ramy z materacem, usiłował się spod niego wydostać.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Ja robot

Dusza ogrodu