Z dymem
Dżdżysta poświata nieba szarpana ciężkimi skupiskami pary, uwalniała się spadając na chodnik.
Chlup, chlup, chup, w za dużych kaloszach małe stopy. Przesuwały się z każdym krokiem ocierając boleśnie skórę. Skarpetki z dziurami na palcach, przesiąkły do ostatniej zerwanej nitki. Wystające drobne dłonie z rękawów, lekko posiniały od zimna.
Zaciskał piąstki, chcąc zatrzymać ulatujące z niego ciepło. Pochylał się za każdym razem, kiedy wychodziły ze swoich tuneli, pełzły w cienkiej warstwie wody po chodniku. Ślepe z pierścieniami podążały prosto przed siebie. Wymijał tylko te, które były blisko zejścia z tej niebezpiecznej trasy. Pozostałe zabierał odkładając w bezpieczne miejcie.
Zające skubały trawę, przyglądając się dziecku w żółtych kaloszach. Same miały posklejane futro od ściekających po nich stróżek wody. Jesienna aura, poprzeplatana z tłumionymi kolorami złocistych liści, wypełniała zakamarki opuszczonego domu.
Ceglasty komin, poczerniały od sadzy u nasady, był zimny od wielu lat. Oberwane okiennice, pokrył nalot z siwizny butwiejącego powolnie drewna. Zardzewiałe zawiasy w drzwiach zawyły żałośnie, szarpnięte gwałtownie. Zamek z przekręcającym się w nich kluczem, szczęknął metalicznym odbiciem zębatek.
Wszedł do środka, trzęsąc się z zimna. Jego cień skulił się obejmując ramiona, dreszcze potrząsały nim miarowo. Rozejrzał się na około, ogromna szafa przy ścianie z małą zieloną szklaną gałką zaskrzypiała. Ziewnęła przeciągając leniwie. W tyle swojego wnętrza włókna zastygłych desek strzeliły głucho. Małe wąskie oczka z sęków rozszerzyły się lekko. Przez wąską szparę w drzwiczkach drobne dziurki od koników ułożyły się w usta. Prychnęła nimi resztkami wiórek pozostawionych po schrupaniu owadów.
- Pyszne były. Kiedy to było? Ach już wiem, pół wieku temu.
A psik!
Chłopiec kichnął, przecierając rękawem nos.
Staruszka oburzona tym brakiem wychowania, wypchnęła z podmuchem przez uchylone wysuszone usta białą chusteczkę.
- Masz chłopcze! Wytrzyj porządnie nos, zanim on się tu zjawi. Nie znosi brudnych, zaniedbanych dzieci. W ogóle, to nie jest dobre miejsce dla nikogo. Po zmroku...
Urwała, zamilkła i zastygła dotknięta jednym spojrzeniem Pana w surducie podpierającego się o laskę.
- Podejdź bliżej, ty mała przybłędo. Kto cię tu przysłał i po co?
Nie mógł się ruszyć z miejsca, sparaliżował i obezwładnił go strach. Trząsł się jeszcze bardziej na jego widok.
Mężczyzna nie przypominał człowieka. Z pod cylindra zwisały strączki z srebrzystych włókien, skóra na twarzy pokryta była płatami poprzyklejanej wyschniętej skóry. Niedbale doklejanej na słabe spoiwo. Słabo widzący z jednym szkłem wbitym pod powieki z mocną rysą w poprzek zerkał na niego jednym okiem. Drugie czerwone próbowało wyrwać się z oczodołu, przytrzymywane, kawałkiem kabla obwiązane dookoła głowy. Uszy do połowy zgniłe i poczerniałe, zaklejone były woskiem pszczelim. Wąskie usta przysłaniały drobne patyki, pożywiał się nimi przeżuwając je zębami z piły jej drobnymi ząbkami.
- Rekiny już mają lepsze wyposażenie w szczękach. Pomyślał chłopiec. Zasłaniając usta chusteczką, na której widniały wyszyte odręczne inicjały. Nie było przez nią czuć, odrażającego zapachu starości, wymieszanej z cuchnącym, niedomytym rozkładającym się długo ciałem.
Mężczyzna wbił wzrok w te delikatne obrysy nici. Nakreślające początek wspomnienia. Wydobył z gardła ryk tak głośny, że zatrzęsła się powyginana miejscami podłoga. Drżenie ścian, wprowadzone w wibracje uniosły sufit, rozszczepiając belki. Dachówki uwalniały ukruszone części. Z zewnątrz wyglądał ten nadgryziony przez czas budynek, jak sterta gruzu utrzymująca się na niewidzialnych podporach. Czarne zacieki łączyły go z grzybem, wyrastającym ze ścian od środka. Stęchłe cząsteczki fruwały dookoła sąsiedniego pokoju. Wirowała w nim poszarpana zasłona, żabki uderzały o siebie w rytm klaskania w dłonie dobiegającego z drugiego końca.
Podszedł do chłopca chwiejnym krokiem. Ukłonem pokrył twarz parą z oddechem smrodu.
Zawirowało mu z wrażenia przed oczami. Nogi zmiękły, kalosze gumową cholewką utrzymywały go w pionie.
- Skąd ją masz, kto ci ją dał?
Zanim zdążył odpowiedzieć, zapadła ciemność. Nic nie widział, wyciągnął drżącą rękę przed siebie poczuł, twardą powierzchnię. Wilgoć zebrana na zimnej płaskiej przestrzeni, przeszyła jego czubki palców. Cofnął gwałtownie dłoń przyciskając ją do siebie. Z trudem opanowywał oddech, łapczywie wciągał gęstą zawiesinę do nozdrzy, dysząc jednocześnie. Nie wiedział gdzie jest, zdezorientowany i przerażony podkulił nogi. Posadzka szorstka, z grudami ziemi była jego jedyną znaną częścią pomieszczenia. Nie raz miał z nią styczność w poprzednim domu.
Przygotowany był na najgorsze, znał tą procedurę. Najpierw obietnice,a później puste pudełko po łakociach. Nigdy nie spróbował nawet ziarenka cukru. Z kącików oczu potoczyły się ciepłe łzy.
Z szelestem sztywnej tkaniny, czyjaś postać musnęła jego włosy. Wzdrygnął się zrywając z miejsca. Napięta lina przyciągnęła go, z powrotem na miejsce.
Szept wbijał się piskliwym tonem w jego uszy.
- Widziałeś ją?
Coś drgnęło i się przemieściło.
- Kogo miałem widzieć?
- Tą której miałeś chusteczkę. Tym razem ton głosu już był bardziej wyraźny.
- Nie, nikogo nie widz...
Na te niedokończone słowa, krew trysnęła z ust dziecka. Ciemna posoka zaschnięta, dawno temu pod jego nogami popłynęła wymieszana z jego świeżą stróżką. Upadł na kolana, pół przytomny wyczuwał ból, który zanikał przykrywany niewidzialnym bodźcem.
Trochę czasu upłynie zanim poczuje ponownie. Było to jedyne pocieszenie, w oczekiwaniu na najgorsze. Dotknął ściany, mrowie dreszczy przeleciało po jego całym ciele. Mocne szarpnięcie za kark i twarzą uderzył o ubitą ziemię. Drobinki światła, pojawiły się przed moment pod zaciśniętymi powiekami.
Błagałby tego, który zadaje mu ciosy gdyby mógł, ale nie był w stanie wydobyć z siebie głosu. Wbił mu ostre zęby w ramię wyrywając kawałek płaszcza ze skórą. Warczenie dzikiego zwierzęcia, wymieszane ze smrodem martwej tkanki. Potęgowało odruch do ucieczki. Szarpanie coraz gwałtowniejsze, zabierało go w inny odległy wymiar.
Dławiący szept dolatywał do niego zacierając znaczenie słów.
- Dziecko, dziewczynka spalona w piecu, jej prochy unoszą się w tej piwnicy. Słyszysz tutaj teraz, tą chusteczką wycieram ci skapujący pot z twojego czoła na chłonną doznań ziemię. Bawiła się z pozostałymi w zaciszu wieczora, ukradła z zakazanego słoika lizaki. Nikt nie zauważył, że ona jest w palenisku, siedziała cicho chowając się przed karą. Wywołałeś ją z dymu.
Wiele takich małych porzuconych przez los zostawiło tu swoje ślady, nie tylko stóp. Lampa naftowa rozświetliła wnętrze. Cała sterta porzucanych, popsutych zabawek i wąskich łóżek wynurzała się z zaciemnianej części. Migotliwe spojrzenia siedzących na metalowych pryczach drobnych, wychudzonych istot przyciągała go do nich.
Klucz na jego szyi utknął pomiędzy żebrami. Zatrzymane tętno, zapaść, wyzwolenie z tej cielesnej męki.
Fala krzyku, uderzyła go w klatkę piersiową, a może to była czyjaś pięść. Ktoś nim potrząsał, wołając po imieniu, ale on był już bez butów, pozostawiał po sobie ostanie ślady. Wyciągnięte w jego kierunku wiotkie ramiona, czekały na objęcie. W papierowej torebce ściskał, to na co tak długo czekał.
Liście z pod progu domu przesuwał wiatr, poganiając je w kierunku dużego dołu.
Komentarze
Prześlij komentarz