Abstrakcja
Ogromniaste, przerażające w swojej budowie. Nie ma ochoty tam wejść, nie trzasnę drzwiami obrotowymi na wstępie. One same są spowolnione, zaprogramowane narzucające tempo. Szczotkami zacierają ślady butów. Tracę coś przekraczając okrągły próg.
Światła na holu, sztucznie wbijają mi kolorowe serpentyny postrzegania w czarne źrenice.
To one dyktują tu warunki, co jest istotne, na co mam zwrócić uwagę. Jestem w ich szponach, obezwładniają mnie, przejmują nad moją podświadomość kontrolę.
Nie ma tu przychylnego promienia głaskającego moje ciało. Zimne spojrzenia lamp diodowych. Odbieram, syczę i zaciskam usta.
Posadzili drzewa w ogromnych donicach. Jestem taka zagubiona odbijam się w szklanych witrynach.
Nie ma trawy, nie ma ziemi, jest fontanna, nieczynna. Wrzucę monetę, pluskają się myśli w tej płyciźnie. Rybki, płyną po samym dnie. Zatopię się w tym tłumie.
Nie chcę tu być, ale ruchome schody wyręczają mnie w podjęciu decyzji. Zawiozą mnie bez kasy, bez łaski i dodatkowych opłat tam gdzie chcę.
Za kilka minut jak się dobrze postaram trafię między te regały, manekiny i kupę szmat.
Tak muszę się ubrać, jestem naga z lekko opaloną skórą. Patrzy na mnie rzesza ludzi, która żeby sprawdzić drogę wbija wzrok w małe monitory. Na mapie mają wyznaczoną trasę od jednego adresu sklepu do drugiego położonego, co kilkanaście metrów od siebie.
Bezwładni wyprani z emocji, zmierzają w jednym kierunku.
Kończą się schody jestem blisko. Słyszę muzykę, spokojna, wycisza, ale tylko ja ją wyczuwam.
Jej obecność mnie pochłania, wciąga za rękę kolorowy obraz tkanin.
Muszę się ubrać, one też są, narzucają styl.
Robi się gorąco, dotykam guzików, kod pin zatwierdzony. Odbieram paragon i stoję z papierową torebką.
Mijają mnie posągi w różnych gabarytach. W gazetce byli tacy piękni i szczęśliwi.
NIKT mnie nie uprzedził. Brzydota się z nich wylewa. Smutek noszą na karkach, obciążeni, przygnębieni, bezdusznie dźwigają swoje upolowane nowe wizerunki.
Działa klimatyzacja czuję ją na plecach, chłód mnie obejmuje. Chcę już wyjść jak najszybciej, boli mnie kręgosłup. Jest mi coraz ciężej. Dostaję więcej niż mogę udźwignąć. Poruszam się coraz szybciej, wyłamuję się z szarego tłumu i wychodzę przez otwarte pozornie okno, jest za wysoko.
Mam tak niedaleko, bateria wyczerpana zostaję bez wyjścia.
Komentarze
Prześlij komentarz