Grzebień cz. 2
Stare zwierciadło, zostało podstępnie zdewastowane przez pęcherzyki powietrza. Nie przypominało dawnego gorszącego odbicia jej podobizny.
Lustro poruszyło się, lekko odchylając od ściany. Na pół ślepe, grzebało w swoich zakamarkach w ramie, szukając resztek zwietrzałej drewnianej szczęki. Oddychając przy tym miarowo, zerkało nerwowo, w jej kierunku. Ona była oschła i tak bardzo obojętna, że nie odwróciła w jego stronę głowy.
Przeszukiwała na toaletce swoje skarby. Pudry z ropuch, kremy z tchórza, bo były idealne na zmarszcz. Bały się ich tak bardzo, że chowały się w najmniejsze zagłębiane wypełniając je i jednocześnie wygładzając. Poza tym kiedy chciała, to same wracały spływając do pudełka. Lifting już był nie potrzebny z kwasu. Piegi po prababce były w małym słoiczku. Zachwycała się nimi, czasami zakładała sobie na policzki.
- Gdzie on jest?
Szklany ze srebrną siwizną, wytrzeszczył swoje brązowe spróchniałe zęby.
- Kogo szukasz? Wyszeptał, tak cicho jak tylko mógł. Dudnienie rozbrzmiało po pomieszczeniu. Szyby w oknach ledwo zdołały utrzymać się w ramach. Nie kitowane od wielu lat, już nie kłamały, że nie wpuszczają powietrza. Nie mogły się uspokoić na myśl o rozgniewanej właścicielce domu.
- Ogłuchnę przez ciebie. Starość nie odebrała mi słuchu.
Wzorkiem przeszyła go na wylot. Szklana powierzchnia popękał w kilku miejscach, pajęcze znamiona jak uszkodzone naczynka krwionośne, pogorszyły jeszcze jego stan. Zakrył dłonią usta i wycedził nieśmiało.
- Pani, chciałem tylko zapytać. Jestem tu przez cały czas.
Wzdrygnęła ramionami i fuknęła na niego prychając.
- Stary powsinogo, ty co ty możesz wiedzieć. Zasypiasz z fajką w ustach, kiedy nadarzy się okazja. O twoich nocnych wędrówkach po lesie nie wspomnę. Pamięć mnie nie zawodzi, pomimo wieku. A tak może mi przy okazji podpowiesz, gdzie zostawiam mój grzebień? Nie mam go w kieszeni, a jest mi bardzo potrzebny.
Zużyty, co drugi ząb wybity od skołtunionych włosów, ale niezbędny. Tylko ten przedmiot miał tą moc robienia modnych fryzur, jak przystało na tamte czasy. Nie brzydził się wesz, kręcących się po głowie. Miało manierę podgryzania im nóg. Chichoty na czuprynie, były poprzeplatane sadystycznymi piskami skaczących krwiopijców.
- Pani, widziałem go ostatnio jak czesał włosy małej dziewczynki na dziedzińcu.
Ta wiadomość tak ją tak zaskoczyła, że przez chwilę nie mogła wydobyć z siebie nawet powietrza.
Wypuściła z klatki oddech, aż się zrobiło jej ciemno przed oczami. Następnych wdech i purpurowa twarz nabrała ludzkich odcieni.
- Dziewczynki, wysyczała zacisnęła usta, aż pobielały.
Lustro wzdrygnęło się i osunęło po ścianie. Teraz na twardym gruncie nie musiało się obawiać upadku. Ślad po nim był czarny z obdartą ścianą.
- Będę szczery Pani, mamy dziecko w naszych murach.
Z szybkością światła, zbliżyła się do niego przyciskając nos do jego zimnej tafli.
- Dopiero teraz mi o tym mówisz. Gardłowy piłowaty odgłos przeszył szkło. Tylko nici jeszcze brakowało i stał by się jej pacynką.
Komentarze
Prześlij komentarz