Grzebień cz. 3




Podbiegła do okna, widok był oszałamiający. Drzewa zielone wyginały liście, poruszane podmuchem wiatru, na tle labiryntu z ciernistego krzewu. Drobne kamyki odbijały swoją biel w nieposkromionych wiązkach światła. Po drugiej Stronie na schodach bawiło się dziecko. Lewe skrzydło budynku skrywało ją w półcieniu. Blisko niej biegały drobne gałązki, patyki, z materiałowymi główkami. Radośnie podskakiwała ze stopnia na spień. Przysiadając co jakiś czas, żeby poprawić powykręcane laleczki.
Lady zmrużyła oczy, przez moment na jej pomarszczonej twarzy pojawił się niewielki ruch kącików. Złudzenie, tak musiało to być złudzenie. Bardzo realistyczne wspomnienie, zasugerowane przez lustrzanego powsinogę.

Zamknęła oczy, była przekonana, że kiedy je otworzy dziecka już nie będzie. Z wąskich szparek oko wyłapywało ruch na zewnątrz. Ze złością otworzyła je szczerzej. Nadal tam była. Nie zapadła się w otchłani wspomnień. Musi istnieć jakieś wyjaśnienie.

Z czego powstało to niewinne, niewielkie stworzenie, okryte było warstwami grubej ziemi. Dawno, dawno temu w czasach magii otwierały się inne wymiary. Łączyły ludzi z zaświatami. Wciągały ich do środka, pod osłoną szaleństwa.
Cudaczna istotka, bez imienna, była pozostałością po niedomkniętych szczelinach w kamiennych płytach. Skrywała w sobie niepojęte moce dla zwykłego śmiertelnika. W jej rękach kruszyły się kamienie niczym kruche ciasteczka.

Kobieta przyklękła na ziemi, nakreśliła kilka znaków na posadzce. Przywołanie spowodowało osypywanie się z sufitu kolorowych fresków. Postacie na nich zdzierały z siebie szaty, w szale na oślep ranili się kolcami z kwitnących krzewów róż.
Szkarłatna ciesz spadała w dół z resztkami poplamionych, poszarpanych, płóciennych ubrań. Spojrzała na nich, skinęła gołą w ich stronę. Zamarli w bezruchu, zarastając strupowatymi ranami. Skrawki zwisały obrzydliwie sztywne niczym farba niechlujnie napaćkana i rozwieszona.

Bezimienna Potknęła się upadając na stopień z piaskowca. Kukiełki oderwały się od sznureczków, ciekając w popłochu nie oglądały się za siebie. Zawyła z rozpaczy, jej wykręcona noga i głowa nie pozwalała na żaden gest. Dziwna siła, miała nad nią pełną władzę. Leżała czekając na następny krok. Czuła pod skórą, że już po nią idą. Ostre szpile wyłaniały się spod ziemi, wężowymi ruchami pełzły w jej kierunku.

- Pani! Lustrzany z przerażeniem w zwierciadle duszy przemówi.

Żółte jej ślepia, błyszczały w dzikim uniesieniu. Wróciła do swojego stanu sprzed pochówku. Jędrne młode ciało, opinało suknię, kobiece kształty wypełniły jej gładką skórę.

- Jeszcze trochę powsinogo i on się wybudzi. Muszę być gotowa na jego powrót. To dziecko, ono musi zniknąć.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Ja robot

Dusza ogrodu