Pająk nr.2




Uwaga! Treść obrzydliwie drastyczna.

- Posprzątaj! Zanim ściągniesz na nas zemstę najwyższego.
- Tak Panie.

Mężczyzna ciężkim rokiem wyszedł z sali, trzaskając za sobą mosiężnymi drzwiami. Obrazy na ścianach zadrgały, aż kurz z nich zaczął miarowo opadać na podłogę.

Włochaty potwór podkulił nogi bliżej siebie. Usta z jego żuwaczek ześlizgnęły się powoli w dół. Wpatrywał się w nie jeszcze przez chwilę. Były jego aparatem mowy, z przekąsem w głosie westchnął zaklinając pod nosem.
Szybkim ruchem głowy, skłonił się nisko i wciągnął je do pyska. Przymrużył by oczy, gdy zdążył naciągnąć sobie na nie powieki. Rzęsy były takie długie, wachlował by nimi zalotnie.

- Trudno. Pomyślał.

Został sam na sam, ze swoimi rozmyśleniami. Przybliżył się do ciała, pochylając nad brzuchem. Układając misterny plan rozbioru ciała. Najdłuższym z pazurów wbił w pępek. Skóra rozsuwała się odsłaniając warstwę tłuszczu. Przebijając się przez mięśnie, jelita wypłynęły opływając leżące truchło. Zapach wnętrzności i para unosząca się nad nimi, wprowadziła go w trans.

Pokiereszowane i rozwleczone resztki były porozrzucane wszędzie. Metaliczny posmak krwi, przebijał się przez jego nozdrza.

Pan będzie mieć nowe skóry do oprawy swoich dzieł. Zaznaczy niewielki ślad krzyżykiem na partii świeżej zdobyczy.

Świeca zaczęła przygasać. Półmrok robił się coraz bardziej odczuwalny. Plama rozlanego wosku ściekała powoli powiększając się coraz bardziej tworząc kaskadę zastygłych kropli. Wywołała, płacz, lamet, przypominało zawodzenie dzikiego zwierzęcia.
Wybił drapieżnika z amoku.
Zatrzymał się nasłuchując. W jego kłach, mieniły się drobne szczątki zaschniętych skrzepów szkarłatnej cieczy. Szklane fragmenty posadzki z domieszką uranu, rzucały zieloną poświatę na ściany. Zardzewiałe gwoździe od obrazów wsunęły się głębiej w ściany. Uderzenie głosu operowej śpiewaczki, rozbijał szkło na drobne kryształki.

- Księga! Wydusił z siebie przeżuwając sprężyste oko.

Języki ognia, uwolnione z świecy pełzały po wydartej stronie ścieżką, w kierunku otwartego pisma. Lizały ją pieszczotliwie. Pajęczyna zwisająca znad sufitu drgała miarowo, pod wpływem wytwarzającego przez ogień ciepła.

Nagle drobinki szkła uniosły się pod samo łukowate sklepienie. Z całej siły uderzyły w czarno- czerwonego potwora. Przeszyły go niczym sosnowe igły. Wrzask rozszedł się po kątach. Z których czaiły się postrzępione biało - szare postacie. Jego ciało stopiło się ze szklaną masą. Jad tryskał z niego oblepiając księgę. Wsiąkająca w nią ciecz rozpuszczała rękopis. Zamazująca się treść powygrzebywała za sobą przeszłość.
Małe ofiary uniosły wysoko ręce. Sufit obrywa się niczym zerwany płat skóry. Gruzowisko porywało całe pomieszczenie. Otwierając w dachu wolną przestrzeń w kierunku pustego przepełnionego kobaltem przestworza.

Z pod gruzu cichym chrapnięciem wkulały się kostki. Na każdej ze stron była wyryta liczba nieskończoności.

Pomarszczony i wychudły mężczyzna, ukucnął i jednym ruchem dłoni zgarnął je do skórzanego woreczka. Zamykając je sznureczkami z rzemienia. Zielona szklana poświata ciągnęła się za nim, w kierunku wylotu. Dzieci w czystych ubraniach podążały za nim.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Ja robot

Dusza ogrodu