Mocarz
Postać: Narwany rudzielec
Zdarzenie: Huragan już blisko
Miejsce: Noc w dolinie
Emocje: Panika / Lęk
Zadźgać go szpilką, o tak. Bujna czupryna falowała w rytm sączącej się muzyki ze słuchawek. Podskakiwał przy tym, jakby chodnikowe płyty miały mu przytrzasnąć paluchy u stóp albo zeskrobać podeszwy. Piegi na opalonej porcelanie wybiły się bardziej. Natura posypała go pigmentem, skupiając się na centralnym punkcie jego wizerunku.
Szła z przeciwka w za luźnej spódnicy, którą poprawiała co drugi krok. Ze skrzywionymi brwiami w zapadnięty łuk wyglądała ponuro. Chmury spowalniały bieg, skłaniając się coraz niżej, grożąc upadkiem nieobliczonych hektolitrów wody. Mijał ją, wlepiając w nią ślepa.
Poryw powietrza, jakim go omiotła, zdmuchnął go prawie z powierzchni, a nogi z waty nadały mu lekkości. Połączył się głową z nieboskłonem, odlatując na chwilę. Powroty bywają bolesne, zaskowytał na nowe dźwięki sączące się playlisty.
Ryk wokalisty ocucił go po omdlewającym widoku.
Przeszła zajęta podtrzymywaniem swojej niesfornej garderoby. Nie zauważyła go, był przezroczysty, a jego sznurowadła straciły swój oksydujący kolor. Gasnący rudością czubek głowy tarmosił wiatr. Zalewała go krew, buzowała, chcąc roznieść go na strzępy. Wrzucony do gardła granat bez zawleczki odliczał sekundy, które nigdy nie dobiegły do końca.
Spojrzał jeszcze raz za siebie, za zakrętem może już idzie w samej bieliźnie,
- Niezdara - wyszeptał. Wybuchając gromkim śmiechem.
Zagrzmiało, odległość od uderzenia mierzona sekundami nigdy się nie sprawdza.
Jest już nie daleko. Zapowiadali silny huragan, ostrzeżenie pojawiło się na godzinę przed spodziewanym nadejściem Mocarza.
Rozbłysk był oślepiający, po chłopaku zostały tylko buty.
Zatrzymał się w dolinie, pomiędzy kamieniami kępy trawy stawały się coraz ciemniejsze. Ciepło ulatywało z powietrza niczym z dziurawego materaca. Wilgoć, przenikając warstwę poszycia leśnego, wnikała coraz bliżej skóry, która pokrywała się nastroszonymi włoskami.
Zmęczony całodzienną szarpaniną wszystkiego, co napotka, przysiadł przy rozgrzanym kamieniu, opierając się o niego placami. Czasami tak siadali, kiedy byli na szlaku razem. Mieli w sobie wzajemnie oparcie.
Dłonie opadły mu bezwładnie na miękkie podłoże, przygniotły je cienie drzew, pokrywając złowieszczymi ciemnymi konturami. Zarośnięty, w poszarpanym odzieniu z porwanym z linek suszącego się prania, czuł niepokój. Ostanie krople potu, ściekły przy ostatnim podmuchu. Suchość w ustach była męcząca, a chmury przegonił na tyle daleko, że nie mógł wycisnąć z nich ani łzy.
- Żywiołowy rudzielec, też nie miał w kogo się wcielić porywisty wiatr - sapnął głośno, zamykając powieki.
Noc nie była łaskawa, budząc swoich podopiecznych.
Zdarzenie: Huragan już blisko
Miejsce: Noc w dolinie
Emocje: Panika / Lęk
Zadźgać go szpilką, o tak. Bujna czupryna falowała w rytm sączącej się muzyki ze słuchawek. Podskakiwał przy tym, jakby chodnikowe płyty miały mu przytrzasnąć paluchy u stóp albo zeskrobać podeszwy. Piegi na opalonej porcelanie wybiły się bardziej. Natura posypała go pigmentem, skupiając się na centralnym punkcie jego wizerunku.
Szła z przeciwka w za luźnej spódnicy, którą poprawiała co drugi krok. Ze skrzywionymi brwiami w zapadnięty łuk wyglądała ponuro. Chmury spowalniały bieg, skłaniając się coraz niżej, grożąc upadkiem nieobliczonych hektolitrów wody. Mijał ją, wlepiając w nią ślepa.
Poryw powietrza, jakim go omiotła, zdmuchnął go prawie z powierzchni, a nogi z waty nadały mu lekkości. Połączył się głową z nieboskłonem, odlatując na chwilę. Powroty bywają bolesne, zaskowytał na nowe dźwięki sączące się playlisty.
Ryk wokalisty ocucił go po omdlewającym widoku.
Przeszła zajęta podtrzymywaniem swojej niesfornej garderoby. Nie zauważyła go, był przezroczysty, a jego sznurowadła straciły swój oksydujący kolor. Gasnący rudością czubek głowy tarmosił wiatr. Zalewała go krew, buzowała, chcąc roznieść go na strzępy. Wrzucony do gardła granat bez zawleczki odliczał sekundy, które nigdy nie dobiegły do końca.
Spojrzał jeszcze raz za siebie, za zakrętem może już idzie w samej bieliźnie,
- Niezdara - wyszeptał. Wybuchając gromkim śmiechem.
Zagrzmiało, odległość od uderzenia mierzona sekundami nigdy się nie sprawdza.
Jest już nie daleko. Zapowiadali silny huragan, ostrzeżenie pojawiło się na godzinę przed spodziewanym nadejściem Mocarza.
Rozbłysk był oślepiający, po chłopaku zostały tylko buty.
Zatrzymał się w dolinie, pomiędzy kamieniami kępy trawy stawały się coraz ciemniejsze. Ciepło ulatywało z powietrza niczym z dziurawego materaca. Wilgoć, przenikając warstwę poszycia leśnego, wnikała coraz bliżej skóry, która pokrywała się nastroszonymi włoskami.
Zmęczony całodzienną szarpaniną wszystkiego, co napotka, przysiadł przy rozgrzanym kamieniu, opierając się o niego placami. Czasami tak siadali, kiedy byli na szlaku razem. Mieli w sobie wzajemnie oparcie.
Dłonie opadły mu bezwładnie na miękkie podłoże, przygniotły je cienie drzew, pokrywając złowieszczymi ciemnymi konturami. Zarośnięty, w poszarpanym odzieniu z porwanym z linek suszącego się prania, czuł niepokój. Ostanie krople potu, ściekły przy ostatnim podmuchu. Suchość w ustach była męcząca, a chmury przegonił na tyle daleko, że nie mógł wycisnąć z nich ani łzy.
- Żywiołowy rudzielec, też nie miał w kogo się wcielić porywisty wiatr - sapnął głośno, zamykając powieki.
Noc nie była łaskawa, budząc swoich podopiecznych.
Komentarze
Prześlij komentarz