Zszywacz
Nagie ściany zwietrzałych cegieł, podpierały rozchybotane zakurzone regały.
- Odwróć się tym przeszczepionym końcem.
Oskalpowana twarz dziewczyny przyszyta zszywaczem tapicerskim do brunatnej czaszki wyłoniła się z jasnego strumienia światła biurowej lampy. Opuchnięte wargi drgnęły w nieśmiałym geście. Powieki rozwieszone niczym stare zasłony, wolno przesuwały się na szklanych gałkach. Dłonie szkieletu badały warstwę miękkiej powierzchni.
Wysunęła wąski język, rozszczepiony na pół, już nie krwawił. Zaschnięte grudy pękały pod wpływem rozciągania kubków smakowych. Woń słodkiego metalicznego odoru mieszała się z rześkim chłodnym powietrzem z rozbijającej się bryzy o burtę. Oblizała opuchliznę, przełykając odruchowo wspomnienie o jedzeniu.
- Poza progiem grobowca, musisz być czujna. Nie ufaj ludziom, to podłe istoty, wszczepiają przyzwyczajenia jak implanty. Stają się częścią egzystencji, wsiąkając w komórki tego orz-echo podobnego tworu pod kopułą. Przybierają różne formy odciśnięte od matrycy grafiki. Powielają zachowania, wyuczone regułki.
- Nie widzisz, ale słyszysz. Nie machaj tak tą głową, bo jeszcze nie wrosła w korpus. Uszy, one cię poprowadzą, zobaczysz nimi inny obraz, odbity dźwiękiem.
- Znowu o coś pytasz?
- Nie wiem, klaśnij w dłonie, tylko nie pogub kostek. Obiecałaś po sam grób nie rozkładać się do końca.
- A tak, mam dla ciebie skórę. Niestety trochę się rozlazła, była to potężna kobieta.
- Za duża, przytniemy odrobinę tymi nożycami do strzyżenia owiec. Zaczekaj.
- Boli? Tak szybko docierają bodźce?
- Wiem, wiem jeszcze chwilę. Gdzieś tu były taśmy.
- Gotowe.
Chwiała się, drżąc z zimna. Wysoka smukła postać opleciona warstwą lepkich długich pasm, próbowała zrobić krok do przodu.
Nerkowiec odszczepieniec, ze złą diagnozą, ukrywał się w piwnicy zakładu pogrzebowego.
Wyszczerzył zębiska w radosnym uniesieniu nad swoim pomysłowym tworzeniem ludzkich zestawów. Pakiety nie do podrobienia, trafią na ulice. Dzieła na miarę obecnych czasów. Idealne wytwory pracowni z podziemnych czeluści ujrzą światło dzienne.
- Ach, jejku powypycham ci jeszcze co nieco i możesz iść.
Pocałował ją w policzek, pozostawiając ślad swoje marki.
Winda towarowa poszybowała ze zgrzytem na szczyt dachu. Wrzeszczał coś z rozłożonymi ramionami w stronę błękitnej wiszącej nad nim tafli, bez odbicia. Coś na B... urywał na chwilę, chwytając powietrze.
Długie za szerokie rękawy łomotały na wietrze niczym żagle na środku morza. Odpływał w meandrach wewnętrznych głębin.
Zostały same poprzybijane do desek truchła wysuszonych na wiór szczurów. W ogromnym kotle resztki małych kości przysychały do dna. Kłęby włosów nawinięte na widelec z rybich ości leżały obok przepołowionej czaszki. Zastawa na drewnianym stole z łupin popękanej terakoty stanowiła cały dobytek. Gdyby nie wyliniałe skóry kotów, chłodne wieczory byłyby dla niego coraz bardziej dotkliwe.
Przechodził obok bulwaru, cyklicznie zmierzając do porzuconej łajby. Zacumowana na wypłowiałych linach sięgała kadłubem mulistego dna.
- Za stary, żeby umrzeć-szeptały między sobą na wpół roznegliżowane kobiety. W tej zatoce odór suszonych ryb był odzwierciedleniem stanu jego wizerunku.
- Śmierć jest młodsza ode mnie – odpowiadał im za każdym razem, kiedy je mijał. Łachmany pruły się na nim. Dziury po grubych niciach prześwitywały na wylot, odsłaniając ciemne plamy po tatuażu. Wyskrobanie tej partii ciała była najtrudniejszą. Zacieranie pamięci kosztowało go sporo bólu, nie obyło się bez gorączki i wielu tygodni osłabienia. Przeżył ze szwankującym biodrem i pochylającym się coraz niżej kręgosłupem.
- Bliżej ziemi, coraz bliżej wąchać mogę stęchliznę-pośpiewywał pod długim wąsem.
Zacumowane łodzie z latarenkami gotowe były do wypłynięcia o świcie. Jego łajba kołysała się za każdym razem, kiedy wiatr przybierał na sile. Hamak wisiał luźno przy oknie. Ster z wybrakowanymi rumbami unieruchomiony liną tworzył atrapę dawnej jednostki pływającej.
Wchodząc na pokład, sapał ciężko, pod ciężarem, jaki dźwigał od dłuższego czasu. Odwinął poszarzałe prześcieradło, w które było coś zawinięte.
- Odwróć się tym przeszczepionym końcem.
Oskalpowana twarz dziewczyny przyszyta zszywaczem tapicerskim do brunatnej czaszki wyłoniła się z jasnego strumienia światła biurowej lampy. Opuchnięte wargi drgnęły w nieśmiałym geście. Powieki rozwieszone niczym stare zasłony, wolno przesuwały się na szklanych gałkach. Dłonie szkieletu badały warstwę miękkiej powierzchni.
Wysunęła wąski język, rozszczepiony na pół, już nie krwawił. Zaschnięte grudy pękały pod wpływem rozciągania kubków smakowych. Woń słodkiego metalicznego odoru mieszała się z rześkim chłodnym powietrzem z rozbijającej się bryzy o burtę. Oblizała opuchliznę, przełykając odruchowo wspomnienie o jedzeniu.
- Poza progiem grobowca, musisz być czujna. Nie ufaj ludziom, to podłe istoty, wszczepiają przyzwyczajenia jak implanty. Stają się częścią egzystencji, wsiąkając w komórki tego orz-echo podobnego tworu pod kopułą. Przybierają różne formy odciśnięte od matrycy grafiki. Powielają zachowania, wyuczone regułki.
- Nie widzisz, ale słyszysz. Nie machaj tak tą głową, bo jeszcze nie wrosła w korpus. Uszy, one cię poprowadzą, zobaczysz nimi inny obraz, odbity dźwiękiem.
- Znowu o coś pytasz?
- Nie wiem, klaśnij w dłonie, tylko nie pogub kostek. Obiecałaś po sam grób nie rozkładać się do końca.
- A tak, mam dla ciebie skórę. Niestety trochę się rozlazła, była to potężna kobieta.
- Za duża, przytniemy odrobinę tymi nożycami do strzyżenia owiec. Zaczekaj.
- Boli? Tak szybko docierają bodźce?
- Wiem, wiem jeszcze chwilę. Gdzieś tu były taśmy.
- Gotowe.
Chwiała się, drżąc z zimna. Wysoka smukła postać opleciona warstwą lepkich długich pasm, próbowała zrobić krok do przodu.
Nerkowiec odszczepieniec, ze złą diagnozą, ukrywał się w piwnicy zakładu pogrzebowego.
Wyszczerzył zębiska w radosnym uniesieniu nad swoim pomysłowym tworzeniem ludzkich zestawów. Pakiety nie do podrobienia, trafią na ulice. Dzieła na miarę obecnych czasów. Idealne wytwory pracowni z podziemnych czeluści ujrzą światło dzienne.
- Ach, jejku powypycham ci jeszcze co nieco i możesz iść.
Pocałował ją w policzek, pozostawiając ślad swoje marki.
Winda towarowa poszybowała ze zgrzytem na szczyt dachu. Wrzeszczał coś z rozłożonymi ramionami w stronę błękitnej wiszącej nad nim tafli, bez odbicia. Coś na B... urywał na chwilę, chwytając powietrze.
Długie za szerokie rękawy łomotały na wietrze niczym żagle na środku morza. Odpływał w meandrach wewnętrznych głębin.
Zostały same poprzybijane do desek truchła wysuszonych na wiór szczurów. W ogromnym kotle resztki małych kości przysychały do dna. Kłęby włosów nawinięte na widelec z rybich ości leżały obok przepołowionej czaszki. Zastawa na drewnianym stole z łupin popękanej terakoty stanowiła cały dobytek. Gdyby nie wyliniałe skóry kotów, chłodne wieczory byłyby dla niego coraz bardziej dotkliwe.
Przechodził obok bulwaru, cyklicznie zmierzając do porzuconej łajby. Zacumowana na wypłowiałych linach sięgała kadłubem mulistego dna.
- Za stary, żeby umrzeć-szeptały między sobą na wpół roznegliżowane kobiety. W tej zatoce odór suszonych ryb był odzwierciedleniem stanu jego wizerunku.
- Śmierć jest młodsza ode mnie – odpowiadał im za każdym razem, kiedy je mijał. Łachmany pruły się na nim. Dziury po grubych niciach prześwitywały na wylot, odsłaniając ciemne plamy po tatuażu. Wyskrobanie tej partii ciała była najtrudniejszą. Zacieranie pamięci kosztowało go sporo bólu, nie obyło się bez gorączki i wielu tygodni osłabienia. Przeżył ze szwankującym biodrem i pochylającym się coraz niżej kręgosłupem.
- Bliżej ziemi, coraz bliżej wąchać mogę stęchliznę-pośpiewywał pod długim wąsem.
Zacumowane łodzie z latarenkami gotowe były do wypłynięcia o świcie. Jego łajba kołysała się za każdym razem, kiedy wiatr przybierał na sile. Hamak wisiał luźno przy oknie. Ster z wybrakowanymi rumbami unieruchomiony liną tworzył atrapę dawnej jednostki pływającej.
Wchodząc na pokład, sapał ciężko, pod ciężarem, jaki dźwigał od dłuższego czasu. Odwinął poszarzałe prześcieradło, w które było coś zawinięte.
Komentarze
Prześlij komentarz