Złośnik

Człowiek: Gruby złośnik
Miejsce: Na dachu
Zdarzenie: Cmentarz dla książek
Gatunek Parodia/Pastisz

Zestaw niewykorzystany Pana Buczybora.

Wchodził po drabinie na dach, w palącym słońcu spływały z niego krople potu. Koszulka przesiąknięta do granic możliwości, przykleiła się do grubych ramion. Wytapiał się z niego tłuszcz niczym skwarka na patelni. Użalał się okrutnie na swój nadwyrężony od ciężaru kręgosłup. Dodatkowym balastem były książki upchane do wojskowego plecaka. Uciekał z nimi przed zgrają rozwydrzonych dzieciaków. Wyszydzały jego korpulentne kształty jakby one były odzwierciedleniem jego intelektu. W głowie młodego złośnika tarzały się myśli w ukropie parzących słów.
- Spasiony wołowy kotlecie – wrzeszczały niesione słowa coraz wyżej doganiając go na ostatnim schodku drabiny.
- Padalce! - odwzajemnił obelgę znikając im z oczu.
Czerń pochłaniała każdą wiązkę ostrego jak brzytwa światła. Smolista powierzchnia pokrycia budynku oddawała nieprzyjemną mdłą woń najbliższemu otoczeniu.
Siedziała w cieniu komina wtapiając się kamuflażem w piekielny spływający na wszystko wkoło żar.
Gruby złośnik stanął w miejscu przyglądając się zarośniętej twarzy osobnika w obdartych łachach. Długim kościstym paluchem wskazał mu z rozłożonego kartonu plac.
- Tutaj, połóż je tutaj – wyszeptał.
Podszedł bliżej z ulgą zrzucając pakunek z grzbietu. Powoli wyciągał stare podniszczone egzemplarze. Rozmazany kurz zbierały jego wilgotne dłonie. Układał je jedną obok drugiej w skupieniu. Ciemna postać z odrazą zerkała przez ramię na układany pieczołowicie powstający stos.
- Brakuje jednej, gdzie ona jest? - Pulchna twarz chłopaka pobladła na te słowa.
Była za wysoko w szczelinie, do której jego gabaryty nie miały dostępu. Tak bardzo żałował tych wszystkich zjedzonych słodkości. Biała śmierć, prychnął drwiąc sam z siebie.
- Na tyłach krypty tam, gdzie mieści się cała dotychczasowa zebrana i zapomniana wiedza. Pod tym ogromny zrujnowanym budynkiem. - Zawahał się z podaniem bliższych informacji.
Postać przybrała kamienny wyraz oczu, ciskając w niego diamentowym blaskiem.
Wrzasnął na widok wydzierających się z jego twarzy płatów zapisanej grubą czcionką skóry.
- Kim ty jesteś? Miałem spotkać się z wysłannikiem.
- Jestem nim prosto z mrocznych czeluści podziemnego miasta.
- Ale... - nie dokończył, upadając na przyniesiony zbiór książek.
- Zapiszę na tobie ostatnie nieśmiertelne wersy.
Litery łacińskie wybijały się na czole niczym maszyna drukarska, a on wisząc nad nim powtarzał na głos sentencje, wypływające z jego zatuszowanych ust.
Pociągnął za kępkę włosów, jednym cieciem skalpela zatoczył okrąg. Żywcem obdarty, wyrażał ból, trwogę i całą armię emocji nagich opływających krwią mięśni. Gałki potoczyły się uwolnione z oczodołów prosto pod jego trzęsące się nogi gotowe do ucieczki. Twarde kulki pod butami ułatwiły mu spadek z wysokości.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Ja robot

Dusza ogrodu