Niania
Postać: Sadystyczna opiekunka
Miejsce: Mroczna pracownia
Zdarzenie: Gwóźdź do trumny
Emocje: Nienawiść / Euforia
Znowu w pracowni krzyki, ciemnia wydawała się idealnym schronieniem przed nią. Bestia z obłędem w galaretowatych ślepiach, sapała parą z ociężałego cielska. Potwór miał sino biały odcień. Pochylał się nad drobnymi giętkimi jeszcze kośćmi kilkulatka. Każdy dotyk świdrował do korzeni zębów, kiedy ściskała policzki.
Wierzgało wychudzonymi nogami, dzikość wyłaniała się z każdym gestem. Coraz większe oczy, wypełniały charczące podrygiwania krtani.
- Bachorze! Zafunduję ci gwoźdź do trumny, przybijając go osobiście.
- Ałłłłł aaa.
- Będziesz... słuchał.
- Hhrrryy.
- No co, jeszcze masz mało?!
Puściła go uderzając na koniec z całej siły w głowę. Tam nie widać nigdy siniaków, ciemne włosy skrywały salwę podskórnych wylewów.
Zakrył twarz bluzką, wciskając w jej dekolt poturbowaną pękającą z bólu czaszkę. Łkał cicho.
- Ścierwo, coraz bardziej żałosne i słabe. - Uśmiech ten okrutny i niepowtarzalnie obrzydliwy, kipiał zwycięstwem nad młodym ciałem.
Zdjęcia falowały wiszące na rozciągniętej lince. Wywoływała je za każdym razem, katalogując swoich podopiecznych. W kuwetach z odczynnikami podtapiała ich przerażone wizerunki. Pękaty album rozrastał się z każdym dniem.
- Jeszcze jedno do kolekcji. - Napawała się dumą dobrej opiekunki.
Stare metody wychowawcze są najlepsze, gapiąc się w czerwoną żarówkę, wzbudzał w sobie coraz większą agresję. Nakręcała się jak metalowy kolorowy bąk, wirujący w miejscu na gumowej nóżce.
Rodzice wracali późnym popołudniem, ona kładła małego spać. Czytając bajki często szczypała go pod pretekstem skupienia na swoim głosie uwagi. Straszydła z tych treści wyłaziły przez jej spuchnięte od przygryzania wargi. Podduszały go poduszką, bał się zamknąć oczy, one korzystały z okazji przymkniętych drzwi. Paraliż senny, zapadał się w przepaść, ale nie uderzał o ziemię.
- Kochanie. - Cichy miękki ton wybudzał go ze śpiączki.
- Ma... maaa... maamaaa – Nic więcej nie powiedział, urazy mózgu były nieodwracalne. Tępy niemy wyraz, przebijał się spod opadających powiek.
Tym razem wyjazd na weekend prawowitych opiekunów pozbawił ją wszelkich hamulców.
- Hodujecie warzywo! – wrzasnęła na sali sądowej, kiedy padł wyrok.
Kiedy ona była mała, znęcała się nad zwierzętami, a jej babka biła ją za to. ,,Dyscyplina'' pozostawiała cienkie pręgi rzemieni na miękkiej skórze.
Mały ślepy piesek, tak skakał do skrzynki ze słomą, jak ona. Podrzucała go w zabawie. Tak samo, tylko raz wypadł za obramowanie, tylko raz. Niestety na betonową posadzkę
Miejsce: Mroczna pracownia
Zdarzenie: Gwóźdź do trumny
Emocje: Nienawiść / Euforia
Znowu w pracowni krzyki, ciemnia wydawała się idealnym schronieniem przed nią. Bestia z obłędem w galaretowatych ślepiach, sapała parą z ociężałego cielska. Potwór miał sino biały odcień. Pochylał się nad drobnymi giętkimi jeszcze kośćmi kilkulatka. Każdy dotyk świdrował do korzeni zębów, kiedy ściskała policzki.
Wierzgało wychudzonymi nogami, dzikość wyłaniała się z każdym gestem. Coraz większe oczy, wypełniały charczące podrygiwania krtani.
- Bachorze! Zafunduję ci gwoźdź do trumny, przybijając go osobiście.
- Ałłłłł aaa.
- Będziesz... słuchał.
- Hhrrryy.
- No co, jeszcze masz mało?!
Puściła go uderzając na koniec z całej siły w głowę. Tam nie widać nigdy siniaków, ciemne włosy skrywały salwę podskórnych wylewów.
Zakrył twarz bluzką, wciskając w jej dekolt poturbowaną pękającą z bólu czaszkę. Łkał cicho.
- Ścierwo, coraz bardziej żałosne i słabe. - Uśmiech ten okrutny i niepowtarzalnie obrzydliwy, kipiał zwycięstwem nad młodym ciałem.
Zdjęcia falowały wiszące na rozciągniętej lince. Wywoływała je za każdym razem, katalogując swoich podopiecznych. W kuwetach z odczynnikami podtapiała ich przerażone wizerunki. Pękaty album rozrastał się z każdym dniem.
- Jeszcze jedno do kolekcji. - Napawała się dumą dobrej opiekunki.
Stare metody wychowawcze są najlepsze, gapiąc się w czerwoną żarówkę, wzbudzał w sobie coraz większą agresję. Nakręcała się jak metalowy kolorowy bąk, wirujący w miejscu na gumowej nóżce.
Rodzice wracali późnym popołudniem, ona kładła małego spać. Czytając bajki często szczypała go pod pretekstem skupienia na swoim głosie uwagi. Straszydła z tych treści wyłaziły przez jej spuchnięte od przygryzania wargi. Podduszały go poduszką, bał się zamknąć oczy, one korzystały z okazji przymkniętych drzwi. Paraliż senny, zapadał się w przepaść, ale nie uderzał o ziemię.
- Kochanie. - Cichy miękki ton wybudzał go ze śpiączki.
- Ma... maaa... maamaaa – Nic więcej nie powiedział, urazy mózgu były nieodwracalne. Tępy niemy wyraz, przebijał się spod opadających powiek.
Tym razem wyjazd na weekend prawowitych opiekunów pozbawił ją wszelkich hamulców.
- Hodujecie warzywo! – wrzasnęła na sali sądowej, kiedy padł wyrok.
Kiedy ona była mała, znęcała się nad zwierzętami, a jej babka biła ją za to. ,,Dyscyplina'' pozostawiała cienkie pręgi rzemieni na miękkiej skórze.
Mały ślepy piesek, tak skakał do skrzynki ze słomą, jak ona. Podrzucała go w zabawie. Tak samo, tylko raz wypadł za obramowanie, tylko raz. Niestety na betonową posadzkę
Komentarze
Prześlij komentarz